Niestety nie miało kogo dopaść to dopadło Wojtka. Nie będę się rozpisywał o samej chorobie, napiszę tylko, że chodzi o układ pokarmowy i że ma on cholernego pecha. Wszystko zaczęło się podobno w okolicach czerwca 2008 roku, a w grudniu stan jego zdrowia znacznie się pogorszył. Wojtek ważył mniej więcej 70-75kg we wczorajszej rozmowie zdradził mi, że gdy go ważyli przyjmując do szpitala we wtorek 27 stycznia waga pokazała 55kg!!! :( Cholernie się martwię o mojego “młodszego mądralińskiego”. Choroba ma status przewlekłej i co najgorsze, ciężko wyleczalnej. Rozmawiam z nim teraz co dziennie i powoli czuje się lepiej. Jednak odkąd dowiedziałem się o jego problemach, już kilka razy “czuł się lepiej” a za chwilę dolina. Już od dawna musiał sobie odmawiać wielu rzeczy do jedzenia, z bólami testował różne potrawy aby dopasować sobie dietę. Jest to w tym przypadku chyba jedyna możliwa metoda jako że nikt jeszcze nie opracował takiej diety, która we wszystkich przypadkach się sprawdza. Jak trudne to jest podchodzić do jedzenia z obawą, że za chwilę będziemy się zwijać z bolu.
Spędziliśmy fajne chwile w czasie mojego pobytu w Polsce pod koniec grudnia i z początkiem stycznia. Pogadaliśmy sobie jeszcze w Poznaniu, potem świetny wyjazd do Wilczych Dołów ze znajomymi. Ogólnie byłem pewien, że powoli się kuruje i wszystko idzie ku lepszemu. Kiedy jednak dostałem sms’a od naszej Mamy, że Wojtek idzie do szpitala zrobiło mi się słabo… Sam przechodziłem zaraz po maturze dość poważne problemy i mam spore doświadczenie z hospitalizacją w Polsce. Tym bardziej byłem przerażony ta wiadomością. Dopiero druga rozmowa z Wojtkiem mnie uspokoiła trochę. Co nie zmienia faktu, że z naszymi ojczystymi lekarzami, ich diagnozowaniem i ich metodami leczenia na zasadzie prób i błędów mam dużo obaw.
