Coraz częściej męczy mnie rozmawianie z kimkolwiek na temat nowych płyt różnych wykonawców. Głównie dlatego, że większość z nich opiera się na płytkich opiniach mediów lub innych znajomych. Nie wiadomo dlaczego brak im motywacji do określenia swojej własnej opinii. Chyba lepiej powiedzieć, że nie wiem co sądzić o tej muzyce niż klepać co inni napisali. Ale nie o tym tutaj chciałem napisać.
Cokolwiek by niepowiedział o Massive Attack to tworzą niebanalnie. Co ja myślę o nowej płycie Heligoland? Mimo, że nie posiada super wybijającego się utworu/hitu jest świetna. Każde kolejne jej przesłuchanie utwierdzało mnie w tym pozytywnym odbiorze. To nie jest płyta do słuchania w samochodzie, tylko w spokoju w pokoju. Wymaga też minimalnej koncentracji słuchając. Dopracowany w każdym calu dzwięk, ciekawe aranżacje i experymenty wolakne dają w całości wart uwagi album. Jak przy każdej ciekawej moim zdaniem płycie gorąco polecam przesłuchanie Heligoland, mi do gustu najbardziej przypadł utwór “Paradise Circus”. W tym przypadku byłbym ostrożny ze stwierdzeniem, że “ich piersze płyty były dobre a teraz już walą komerchę”, oni nie walą. Powiedziałbym nawet, że Heligoland jest antykomercyjny :) Mam nadzieję, że uda mi się jeszcze raz posłuchać Massive Attack na żywo z materiałem z nowej płyty.
Gdyby ktoś szukał więcej informacji, znajdzie ją na oficjalnej stronie zespołu http://massiveattack.com/
Kolejne odkrycie ostatnich dni, to jest niesamowity album z wytworni Chillcode Music. Będę musiał zwrócić większą uwagę na ich wydawnictwa. Album ten to klasyczny przykład pozytywnego ambientu, w którym przewijają się niesamowite kombinacje dźwięków elektronicznych, etnicznych, można by dodać organicznych i oczywiście chill’ujących. Idealnie dopasowane tło niskich brzmień, które nie tylko nie meczy po jakimś czasie ale idealnie wypełnią główne rozgrywki w utworach. Nie często zdarza się gdy już po drugim przesłuchaniu płyty praktycznie każdy otwór zawiera jakiś smaczek, coś co nie tylko łatwo wpływa do uszu ale pobudza reakcje. Niektóre momenty stwarzają wrażenie eksperymentu pomiędzy zadowoleniem za wszelka cenę słuchacza a jednocześnie całkowita ignorancja podczas składania tej muzyki w całość. Jest to łatwa muzyka w odbiorze, ale dlaczego odmówić sobie czegoś co jest przyjemnie nie przekombinowane. W całym tym zalewie ambient i chillout “Through A Lense” wybija się bardzo jaskrawo.
Ogólnie za duzo halasu wokolo nas, kto tak na prawde zwraca uwage na to? Nie ma chyba lepszego odbioru nowej porcji muzyki jak poprzedzajace go kilka godzin ciszy. Tak jak kazdy rodza muzyki jaki lubie tak i ten nie jest tym do mlocenia non stop czy w samochodzie. To kolejna plyta do resetu mysli, do relaksu samopoczucia. Nie wiem ale chyba po filmie Solaris zaczalem w tych kregach grzebac. Cos pomiedzy cisza a muzyka w tle czasem wydostajaca sie mocniej z glebi. Ten album wymaga dobrego sprzetu i ciszy dookola lub dobrych zamknietych sluchawek. Polecam po obudzeniu sie w jakies niedzielne popoludnie.
Klasyka gatunku heavy metal, album który powinni przesłuchać wszyscy z zapuszczonymi włosami z powodu muzyki. Nie wiem jak dokładnie można opisać to, jak ta płyta wpłynęła na mnie. To ciężka, energiczna, miażdżąca porcja metalowego walcowania i nie o tańcu pisze. Kiedy pierwszy raz słuchałem Slayera, znalem może 4 słowa po angielsku i tak na prawdę kompletnie mnie nie obchodziło o czym “śpiewają”, chodziło o siłe brzmienia, o przejścia na perce, o idealnie wyważoną rąbankę riffów przeplataną z solówkami. Do większości albumów z tego rodzaju muzyki nadal podchodzę tylko od strony brzmień a nie ideologii. Rodzice zawsze próbowali mi przypisać jakieś ideologie i widząc pentagram na okładce wówczas kaset firmy Takt myśleli, ze stanę się satanistą. Ja ujmę to tak, że dzięki tej muzyce w okresie kiedy to podobno dojrzewałem było mi po prostu łatwiej. To zmasowane jechanie po uszach rozładowywało wiele moich szczeniackich stresów, a teraz po prostu dla ożywienia samopoczucia często sobie przywalę coś Slayera czy innego Napalm Death. Teraz też rozumiem więcej tekstów i bardzo żałuje, że zamiast języka rosyjskiego nie uczyłem się od podstawówki angielskiego. A może nadszedł czas aby poznać historie heavy metalu z Rosji?
Chyba każdy fan muzyki rockowej zgodzi się ze mną, ze początek lat 90-tych to były fantastyczne czasy. Wielki bum nie tylko w Seattle i równoległe wręcz wypłynięcie na szczyty Soundgarden i Pearl Jam. Faith No More wypuścił album Angel Dust i mniej więcej w tym samym czasie Nirvana sprzedawała 400.000 albumów tygodniowo! Nie będę wszystkiego wymieniał, ale działo się na prawdę sporo i mimo tego Alice in Chains również nieźle pojechał i wpisał się bardzo wyraźnie w historie muzyki tamtych lat. Do dziś nie zapomnę sprzeczki latem w 1993 roku na Krupówkach w Zakopanem z jedna nastolatką w koszulce z okładką albumu Dirt, dlaczego? Bo ja bylem w koszulce Nirvany :) Ale do rzeczy, płyta Dirt to bardzo mięsisty kasek, niepowtarzalny vocal(ale). Jerry Cantrell (gitara) często pomagał Layne Staley’owi (wokalista) tworząc specyficzna harmonie używaną w większości refrenów. Niby to grunge ale ma o wiele większą siłe niż można by się spodziewać. Niespodziewany start “Them Bones” i jazda, po kilku utworach czujesz sie przemielony i w odpowiednim momencie “Down in the Hole” to ballada, którą nie raz uskuteczniałem na rockotekach wspierając w ten sposób związki rock/dziewczyn z metal/chłopakami. No i na koniec tak zwany hit, kto nie zna “Would”, który był podobno zawsze grany na każdym koncercie, znajduje się na soundtracku do filmu “Singles” z 1992 (reż. Cameron Crowe). Dirt to świetny album. Ten niepowtarzalny klimat w ich muzyce tworzył głownie swoim “jęczącym” wręcz głosem wokalista Layne Stanley, który został znaleziony martwy 19 kwietnia 2002 w swoim mieszkaniu w Seattle. Jak się później okazało zmarł wskutek przedawkowania miksturą heroiny i kokainy (speedball), szkoda… Nie tylko oryginalność wokalna ale całe brzmienie Alice in Chains jest nie do podrobienia. Do tej płyty wrócę jeszcze nie raz.
Załóżmy, że każdego ranka częściowo z lenistwa i niewyspania jesz płatki z mlekiem. Pewnego dnia wchodzisz do kuchni a tam sałatka ze świeżych owoców plus kefir. Tak mniej więcej się poczułem gdy pierwszy raz wpadła mi ta płyta do reki. Niesamowite przewietrzenie muzyczne. Album ten zawiera elementy symfoniczne i jak sam muzyk przyznał to element, który go już zafascynował przy “Book of Roses”. Jaki to rodzaj muzyki? Dobry – hehe, takie informacje łatwo znajdziesz w internecie. Dla mnie Vollenweider to niesamowity muzyk-harfista, który nie ma schematów i podobnie jak Pat Metheny ustawicznie szuka czegoś używając do tego muzyki. Oni obaj wiedza jak “pisać” opowieści oparte tylko na dźwiękach. Tutaj ciągle coś się dzieje, słuchając Kryptos ma się wrażenie, że ktoś zrobił muzykę do filmu, muzykę która tego filmu nie potrzebuje, muzykę w której w jakiś sposób zawarta jest również wizja, wystarczy zamknąć oczy.
Lubię gdy ktoś poleca mi jakąś płytę do przesłuchania. Po tym jak ją poleca widać od razu jakie wrażenie ta polecana muzyka wywarła na nim. Po polecającym łatwo też poznać czy chce zabłysnąć znajomością jakiegoś wykonawcy, który przez przypadek wpadł mu w ucho, czy np czekał na tą płytę z niecierpliwością. Tą płytę przesłuchałem, ponieważ mi ją polecono z dużym entuzjazmem.
Są takie płyty, które poza wspaniałą muzyką mają dla nas jakies dodatkowe znaczenie. Ta płyta krótko mówiąc, nierozerwalnie wiąże się z moja pierwszą prawdziwą i wielką miłością :) Ponieważ powinno tutaj być głównie o muzyce, wiec na tym się skupię. Hmm… I właściwie to nie wiem co by dodać, nie znam osoby, która nie zna choćby jednego utworu z tej płyty. Jest po prostu niesamowita, wiele razy ją przepalałem słuchając zbyt wiele razy, po jakimś czasie znów jej słuchałem, znów przejadałem. Nie ma lepszej kombinacji jak rewelacyjna muzyka związana z jednym z najwspanialszych okresów Twojego życia. To razem daje taki efekt, że za każdym razem jak słucham “Drive” widzę wszystko, czuje wszystko dokładnie tak jak wtedy…