Nie tak dawno trafiłem na ciekawy ranking “500 Greatest Albums of All Time”, który opublikował magazyn “Rolling Stone”. Z rankingami jak z gustami, mimo wszystko czasem liczymy się z opiniami wybranych mediów czy osób. Zanim cokolwiek skomentujemy warto zapoznać się dokładnie z tematem. Zajęło mi kilka dni przebrnięcie przez 500 albumów, oczywiście nie przesłuchanie ich tylko przeczytanie pozycji za pozycją, dlaczego ten czy tamten album znalazł się na liście. Co jest z tego najciekawsze? Zestawienie ilości płyt z każdej dekady:
1950s and earlier – 29 albums (5.8%)
1960s – 126 (25.2%) (with 7 of the top 10)
1970s – 183 (36.6%) (with 3 of the top 10)
1980s – 88 (17.6%)
1990s – 61 (12.2%)
2000s – 13 (2.6%)
Hehe aż mi się ciśnie, że urodziłem się w najlepszej dekadzie a dokładnie, że rodzice mieli wtedy czego słuchać. Zaraz po tym nasuwa się kolejny smutny wniosek, że wraz z olbrzymim rozwojem branży muzycznej, powstawaniem tysięcy nowych zespołów wszystko się rozmywa. Każdego miesiąca wydawane są setki nowych płyt przy czym trudno nazwać wydaniem płyty załadowanie jej na iTunes i czekanie na “5 groszy” zysku z jednego ściągnięcia. Jeśli zaczniemy pływać szukając czegoś ciekawego, szybko orientujemy się, że łatwo można utonąć. Od kilku lat, trudno jest znaleźć album, do którego chce się wrócić po tygodniu czy miesiącu i pierwszych 3 przesłuchaniach. Jeden hit reszta syf, jak to mój znajomy streścił. Do czego to prowadzi, to “geniuszu” automatycznych sugestii typu: “ludzie, którzy kupili tą płytę również kupili te płyty”… Ile w tym zimnego marketingu a ile statystyk, na których mało kto chce się opierać. Sprzedaż musi rosnąć, ale czy muzyka staje się ciekawsza? Czy ktoś potrafi zrobić album tak legendarny jak “Dark Side of the Moon” czy tyle wypuścić tyle hitów co “The Beatles”?
Co gorsza, nawet nasi ulubieńcy nie radzą sobie za dobrze. Jak tu sobie radzić w tej dżungli, przy takim zalewie nowej muzyki. Zawsze znajdą się wierni fani, którzy kupią nowe wydawnictwo jak często kończy się bardziej na zwykłej chęci posiadania całej dyskografii niż na zafascynowaniu nowymi dźwiękami. Kiedyś słuchało się kaset pijąc wódkę zapijaną kompotem domowej roboty. Zarzynało się kasety słuchając po kilka razy dziennie i za każdym razem ciarki szły po plecach. Jechało się rowerem po nocy kilkanaście kilometrów, żeby pożyczyć kasetę. Każdą nową muzykę odbierało się “bardziej”, rozmawiało się godzinami o jednej płycie… A teraz? Puść znajomemu jakiś ulubiony utwór, już po minucie wypchnie Cie sprzed komputera i otwierając YouTube powie: “A słyszałeś to, Stary to jest dopiero zajebisty kawałek”… A ja tak nie znoszę jak ktoś przerywa jakikolwiek utwór w połowie :)
Piracka kaseta firmy “Takt” była jak skarb, najlepsza jakość na rynku. Tylko w dużych miastach można było cokolwiek kupić. A teraz? W ciągu kilku minut możesz mieć dowolną muzykę w obojętnie jakim miejscu się znajdujesz i nie tylko na “dającym wszystko” iPhone’ie. A gdzie ta radość z słuchania, dlaczego częściej się krytykuje nowe płyty niż chwali? Może po prostu kończą się pomysły? Już nawet covery nie dają radochy. W końcu ile ciekawych melodii da się wygenerować z oktawy dźwięków.
Jak to wszystko ugryźć? Hmm, ja już zwątpiłem z 50 razy w sens wydawania mojej opinii na temat ulubionych płyt na tym blogu, tradycyjne pytanie “po co”. Od czasu do czasu jednak coś opisze, może jakimś cudem będę miał dzieci i kolejnym cudem będzie im się chciało zmarnować trochę czasu żeby komputer przeczytał im blog ich starego. A jak dalej radzić sobie z muzyką? To zależy jak bardzo jej potrzebujemy, ja cholernie potrzebuje muzyki. Zaszywam się gdzie tam mogę, duże słuchawki na głowę i wędruje po różnych starych i nowych płytach. Tak jak z grzybami, fajnie jest chodzić po lesie a jak już się trafi prawdziwek to dopiero radocha :) Mimo tego potopu chłamu, warto szukać, grzebać, wertować. Jak już się trafi na tego “borowika szlachetnego” zawsze pojawia się ta chęć posłuchania z przyjaciółmi, nie ma się jednak co łudzić delektowanie się z kimś muzyką czując jednocześnie podobne podniecenie to już na prawdę rzadkość. Chociaż ostatnio zdarzyło mi się przesłuchać z dobrym przyjacielem prawie całe dwie płyty “Alchemy: Dire Straits Live”. Zaczęliśmy około pierwszej w nocy, otwarty garaż, muza zapodana w samochodzie, trochę whisky, kilka papierosów i nie potrzebowaliśmy nawet rozmawiać. Sama muzyka niesamowita, tyle energii, emocji, wszelki komentarz był zbędny a najlepsze było to jak dobrze się czuliśmy, jak za starych czasów w radiu.
No nic będę sobie kopał dalej i w nowościach i starościach. Zamiast przekonywać innych co jest “zajebistym kawałkiem”, cieszmy się, że przynajmniej nam podnosi on ciśnienie. Nie ma się co łamać, a tym którym brakuje inwencji w szukaniu oraz nie są członkami “Klubu Oddanych Jabłku” polecam wspomniana na początku listę Rolling Stone’s The 500 Greatest Albums of All-Time
Niestety nie miało kogo dopaść to dopadło Wojtka. Nie będę się rozpisywał o samej chorobie, napiszę tylko, że chodzi o układ pokarmowy i że ma on cholernego pecha. Wszystko zaczęło się podobno w okolicach czerwca 2008 roku, a w grudniu stan jego zdrowia znacznie się pogorszył. Wojtek ważył mniej więcej 70-75kg we wczorajszej rozmowie zdradził mi, że gdy go ważyli przyjmując do szpitala we wtorek 27 stycznia waga pokazała 55kg!!! :( Cholernie się martwię o mojego “młodszego mądralińskiego”. Choroba ma status przewlekłej i co najgorsze, ciężko wyleczalnej. Rozmawiam z nim teraz co dziennie i powoli czuje się lepiej. Jednak odkąd dowiedziałem się o jego problemach, już kilka razy “czuł się lepiej” a za chwilę dolina. Już od dawna musiał sobie odmawiać wielu rzeczy do jedzenia, z bólami testował różne potrawy aby dopasować sobie dietę. Jest to w tym przypadku chyba jedyna możliwa metoda jako że nikt jeszcze nie opracował takiej diety, która we wszystkich przypadkach się sprawdza. Jak trudne to jest podchodzić do jedzenia z obawą, że za chwilę będziemy się zwijać z bolu.