Nie ma sensu tego czytac…

Coraz ciężej z motywacją. I tak zawsze była ona wynikiem kogoś innego, nie mnie samego. Coraz gorzej odbieram wszystko co się dzieje dookoła. Przeżarty jestem informacjami dopływającymi do mojej głowy. To jak wieloletnie wymywanie koryta rzeki woda na zakręcie, coraz mniej tam roślin. Nie da się tych informacji ograniczyć, a jeśli nawet przy dobrych warunkach mi się to udaje, zaczynam sam generować sobie potop myśli. I tak w kółko nie mogę spać, a raczej zasnąć. Rano spać mogę do wieczora, bo nie chce znów i znów się starać dopasować do wszystkiego. Dzień w dzień ten sam teatrzyk.

Gdzie to wszystko prowadzi? Kiedy ludzie w końcu opamiętają się z tym pochłanianiem pustej informacji, aplikacji, komentarzy czy ogólnie wszystkiego. Nie czuje swojego życia tak jak bym chciał. Nie chodzi o to co robie, ale jak sie ogólnie czuję. Brakuje mi uproszczenia, kolosalnego uspokojenia. Śpiączki bądź uśpienia myśli. Cztery zwykłe ściany, jedno okno, drzwi, stół, krzesło, zwykła drewniana podłoga, wszystko zwykłe, proste i cisza. Banalny widok za oknem, niech będzie to płaska łąka. Nuda i pustka, tak tego będę szukał. Wyobraź teraz sobie swój dom, pokój jako swoje zasypane śmieciami/czynnościami życie. Ile rzeczy robimy, nie wiedząc czy musimy je robić, ile z nich robimy kompletnie się nie zastanawiając, a przecież każda czynność to czas jedna z nielicznych rzeczy, której nie odzyskamy spowrotem. Setki drobnych obrazów, dźwięków, mini obowiązków pożera nasz czas dajac nam złudzenie poczucia, że żyjemy. Żyjemy bo każda czynność daje nam złudne poczucie, ze dało to jakis efekt, że przyniosło nam to coś. Ale co dokładnie korzyść? Jaką? Po co nam ta korzyść? Jedna rzecz za druga, domino które w sprytny sposób zastępuje nam w głowie minioną rzecz tą nowa lepszą, większą, szybszą, mocniejszą, jeszcze bardziej fałszywą. Nie ma już na nikogo z nas szansy, żeby dojść do siebie samego. Pominę nawet wielkim łukiem motywację posiadania, którą jak widzę kieruje się niestety większość ludzi w tym parciu na maksa. Dlaczego nie można na przykład pracować tylko tyle, żeby było na jedzenie? Nie można bo dokoła te tysiące informacji każą nam brać więcej niż tylko to co nam na prawdę do przeżycia jest potrzebne. Świat, który już ma problemy z chińską nadprodukcja, przyciska nas do muru a reklamy nie tylko polecają a podświadomie sugerują, nakazują czy wręcz straszą, że ta “promocja tylko do jutra” albo “tylko z tym unikniesz tego” itp. Ale strasznie płytko się zagalopowałem tutaj. Wiadomo chyba o co chodzi i ta ścieżkę pominę.

(pomine tez pisanie z polskimi znaczkami, bez wzgledu na to kto i co sobie pomysli w zwiazku z tym)

Moze pierdole bez sensu a moze nie. Ale pisze i z kazdym wywalonym zdaniem czuje sie minimalnie lepiej. ALe po co chce sie czuc lepiej? Dla siebie? Nie wszyscy dookola trabia badz pozytywny, rzygam ta bierna plytka i wymuszona pozytywnoscia. Cholernie mnie meczy i irytuje wiele rzeczy. Ich ogrom mnie przerasta tak bardzo, ze coraz bardziej watpie w odnalezienie spokoju nawet w moim wymarzonym prostym pokoju… Wwierca sie w moja glowe tak wiele anomalii codziennych, ze w sumie odechciewa mi sie nawet pisac. Gdybym mogl sie podlaczyc kazdego wieczoru gdy nie moge zasnac przez rozmyslanie i przelac to (wylac) z siebie, a raczej zalac tym czyms jakis kanion pelen odpadow, zeby sie to wszystko wzajemnie przezarlo… Sam siedze jak taki kretyn i przed komputerem i przed tym calym zajebistym swiadem na ekranie. Sam sie daje wciagnac w te rozne badziewia. Nie jestem idealny, nie jestes w stanie wierzac w swoje mysli stanac dokladnie przeciwko wszystkiemu. Czlowiek, kazdy bez wyjatku jest slaby, ja jestem slaby i tchorzliwy. Gdybym nie byl, wielu “normalnych” ludzi mialo by weselsze zycie. Ale powoli sie ucze, powoli sie ucze i bede sie oddalal o ile starczy mi cierpliwosci na tak cholerne powolne oddalenie sie. Moj plan ktory ciagle sie zmienia, ewoluuje, tak na prawde ma gdzies cel ktory jest staly. Staly jak cisza kamienia. A plan musi sie zmieniac, dopasowujac sie do wszystkich tylko nie do siebie, jakims drugim torem rownolegle przesuwa sie do przodu ku celowi. Znawcy moze to nazwa podswiadomie? To wtedy ludzie, nie rozumieja dlaczego w ogole hce mi sie wyciagac takie rzeczy na zewnatrz. Po co? Nie latwiej wyrzucic sloik ze splesniala zawartoscia niz go umyc? Nie daleko odbiegne metafora, piszac, ze kiedys ludzie starali sie umyc kazdy sloik, teraz tak jak prawdziwe rzeczy wyrzuca sie wszystko z nadzieja kolejnego klocka w dominie myslenia.

Ludzie… ciagle zawsze i wszedzie ta jebana konkurencja. Dziekuje Ci Tato, ze mowiles mi cale dziecinstwo “dorownuj najlepszym a nie gorszym” albo “staraj sie ich dogonic”… Jaki to klasyk, cala cholerna Polska tak byla wychowywana w pogoni by udowodnic, by pokazac. A gdzie sie podzialo “badz soba” albo “daj sobie czas i znajdz siebie” albo chociaz przynajmniej to co chcesz robic. Taki banal jak w kolko powtarzane przez politykow od kad tylko pamietam, ze “my zrobimy tak, ze bedzie lepiej”. Ten sam Tata, ktory mnie motywowal pod presja zebym byl najlpeszy, oj przepraszam lepszy od innych, sam niecierpi ludzi. Kto by pomyslal ile w tych genach jednak przechodzi. Sam bedac w milionach tematow konserwatysta, zorientowal sie, ze sama inteligencja nie da sie utrzymac innych pod kontrola. Trzeba jeszcze cisnac, pchac sie na przod, dusic ile sie da! No przeciez w taki ladny cyrk nas wpakowano. Konkurencja we wszystkim, czasem tylko przykryta czesto komercyjnym pozytywizmem i troche oddmienna taktyka zaistnienia w otoczeniu, czyli jestem dobry do szpiku kosci tak bardzo zycze wszystkim, zeby mieli jak najlepiej. Na kazdym kroku w kazdym miejscu porownywanie. Sami sie porownujemy do siebie z dnia poprzedniego, sami siebie potrafimy wpedzic w konkurencje. Gonimy swoj obraz, ktory znow rodzice nam wyjasniali jako “ambicja” Smieszy mnie gdy ktos wymysla inne nazwy na prosta rywalizacje samic i samcow. Ja nie chce nic wiedziec, nie chce slyszec, nie chce czesto byc. Czuje wielki ciezar, z wielu stron mi duszno. Dusze sie tym calym byciem normalnym. Tym staraniem sie, od malego moim wytresowana zdolnoscia bylo “nie zawiezc”. Jednak im bardziej stawalem sie samodzielny tym wiece osob zawiodlem i co ciekawe nie te, ktore tak na prawde malo znaczyly w moim zyciu ale te ktore probowalem “pokochac”. Oto ja, ten ktory pokaze Ci wszelkie rodzaje sarkazmu, powierzchownosci, chamstwa, ignorancji… wystarczy mnie tylko dopuscic blizej siebie i pozwolic myslec, ze jestes kims blizszym od reszty mrowiska. Ale w czym problem? Nie spelniam swojej roli znakomicie? Pracuje, nie krzywdzi nikogo, nie ćpa, stara sie pracowac nad swoim pojebanym charakterem codziennym. Morde ma tylko niewyparzona i nie potrafi najpierw policzyc do dziesieciu. Znow nie wiem po co sie obronie, ze ktos mnie krzywdzil bez liczenia i wiele lat zajelo zanim sam to zobaczyl. Teraz to mozna liczyc i liczyc. Ja chyba po prostu na prawde mam dosc, nie wiem jak bardziej i mocniej to obcjac czego mam dosc? Tego dopasowywania sie do ogolnie przyjetych ram, nie tylko bycia normalnym w otoczeniu. Jak mam sie czuc soba w tym czy innym otoczeniu, a probowalem juz kilka. Tak tchorz, bardzo zaluje, ze jedyne na co mnie stac to pierdolenie w ta klawiature. Ale czy da sie inaczej? A co jesli ja nie wiem jak juz byc soba? A co jesli w mojej teorii bycia soba nie da sie przezyc dluzej niz miesiac… A co jesli by sie okazalo, ze moje poszukiwania siebie dalej beda krzywdzily innych lub jesli sie okaze, ze “kurwa Tomek daj se na luz, jebnij browara wyluzuj” i dodam jeszcze od siebie stan sie kretynem.

Jak wyjasnic innym z sensem, tak zeby chociaz sprobowali to rozwazyc, ze chyba nie potrafie tak na prawde zyc wsrod innych.  Im jestem starszy tym wyrazniej to widze, krok krok w slady madrego Taty “jak mu sie nie podoba moje towarzystwo niech wypierdala, mi on do zycia nie jest potrzebny”. Ale z drugiej strony, kiedy ja staram sie, zeby Ci wszyscy naokolo byli mi jakos potrzebni, to kosztuje mnie bardzo duzo zdrowia, zdrowia psychicznego. Tyle energii trace na tlumienie w sobie tej ogromnej irytacji wszystkimi. Nie, ja nie chce nikogo zmieniac ani zle oceniac. Nie jest to podejscie na zasadzie konkurencyjnosci w swiecie. To po prostu ja, ja nie radze sobie z akceptacja ludzi takimi jacy sa. Nawet chwytajac sie najbardziej logicznych zalozen jak np statystyka, to tak czy inaczej wychodzi, ze to ja jestem chory. Czy nie chce sie wiec wylaczyc? Chce, ale jak? Jak sie wylaczyc, odlaczyc od wszystkiego bez problemow i skrzywdzenia innych. Niby takie proste. Piszac to mam skonczone 36 lat i widze bezsens we wszystkim, w zasadzie kiedy dopisuje tu kilka wersow, to bede konczyl 37. Mimo to pcham na przod, cisne tylko dlatego, ze po raz ostatni postanowilem uwierzyc, ze jakos da sie zyc z ta jedna jedyna osoba. Po raz kolejny wpakowalem sie w cos tak na prawde bez gwarancji. Ale jak na takie rzeczy miec gwarancje, albo z drugiej strony jak sie nie pakowac w takie rzeczy jak nie na calosc. Jaki jest sens prob na pol gwizdka. Cos jednak jest inaczej, mimo oddania sie znow na calego z moim charakterem, nie obawiam sie zadnego kierunku czy zakonczenia. Co jest jeszcze dziwnego, jak w niewielu tematach, kompletnie nie ma na mnie wplywu to, co o tej mojej “ostatniej jak wierze” probie sadza inni? Zgadza sie, “co masz Tomek napisac, gdy ona jest 17 lat mlodsza od Ciebie”… Ja moge tylko odpowiedziec, ze moze wlasnie to jest zloty i genialny srodek! Moze wlasnie to jest jedyna osoba, ktora potrafi patrzec przez okno w ciszy na “nudna” lake.

Mimo tej cudownej osoby, nadal niestety widze calosc z szerszej perspektywy bardzo slabo. Staram sie kazdego ranka ubierac te wzmacniajace optymizm okulary, ktore w moim przypadku sa tak ciemne, ze regularnie uderzam glowa w sciane. Pozwol mi swiecie znalezc sie w tych czterech scianach, kiedys… Bez niczego, bez wiedzy jaka mam. Nie chce wiedziec tego co wiem. Nic nie chce wiedziec, chce poczuc czysta radosc z zafascynowania jak wiatr uklada trawe na tej lace. Chce wiedziec nic, miec wolna glowe. Nie potrafie sie juz od bardzo dawna cieszyc malymi rzeczami, Ty potrafisz? na prawde? zapytam jeszcze raz, kiedy ostatni raz czulas/czules sie dziecinnie radosny w glebi siebie, ze rozrywalo Cie i byles zgubiony nie wiedzac jak ta radosc wylaldowac? I nie mam tutaj na mysli stanu po 4 kreskach… Wszelkie slogany i madrosci o czerpaniu radosci z zycia brzmia jak groteska, jak wielki jeden zart. Jakby ktos zza weneckiego lustra patrzyl na mnie i czekal az “wybuchne radoscia”. Wszytskie te codzienne ludzkie sprawy, problemiki, zamyslenia, denne rozmowki, gadanie bo za cicho jest… Jak mnie ta drobnica doprowadza do szalu. Dlaczego gdy siedzi kilku ludzi i jest cisza uwaza sie to za dziwne? Jak chomik, ktory przez cale swoje krotkie niewolnicze zycie stara sie pokonac malymi zebami metalowe druty klatki. Tyle tylko, ze ja gryze w druga strone, nie chce byc ze wszystkimi, nie chce byc na takie wolnosci, kiedy to tylko kilka godzin w tygodniu moge na prawde zadecydowac, sam z wewnetrznej potrzeby, co robic. Ciezko mi sie oddycha, nie potrafie sie juz dluzej dostosowywac. Tak na prawde to mam problem z opisaniem jak sie czuje, jak zyje. Czy zyje? Tyle tu na klepalem i szczerze watpie czy ktos by to sprobowal rozgryzc. Jak na razie dwoch psychologow odpadlo a co dopiero ludzie, ktorzy lubia problemy ale tylko w serialach i tylko jak wiedza, ze sie dobrze rozwiaza…. Czy tylko spelniam misje, zeby nie zawiesc nikogo. Czy ja na prawde jestem tak wypaczony, ze nie potrafie czuc sie luzno i swobodnie w tym swiecie?Ale z drugiej strony, mimo tej wewnetrznej irytacji, ciagle lapie sie na te podstepne haczyki. Chwilowe zawirowanie w glowie, niby zainteresowanie i nagle smiech.

Ile rzeczy ludzie tak na prawde robia z powodu siebie, czyli ile rzeczy by nie robili gdyby o nich nie wiedzieli.  Bez sensu zdanie, tak i nie. Nie mam tutaj a mysli egoizmu, chociaz to chyba najprostrza metoda zgubienia siebie, myslac, ze robimy to czy tamto dla siebie bo inni tak maja i jest im lepiej. Jak mozna powiedziec, ze zyjemy jak chcemy? A moze zyjemy, bo tak jest dookola przyjete, ze tak i tak jest dobrze i tak sie trzmaj. Tak na prawde nie mozemy zyc jak chcemy, nie mamy wyboru musimy walczyc o dach i jedzenie. To taki podstawowy przymus, ale jest ich wiecej i sa banalne. Ile osob na sto zapytanych odpowie, ze zyje dokladnie tak jakby chcialo? Nie zle zadalem pytanie, powinienem zapytac “co bys zrobil/a po wygraniu pierdylion bzylionow?” Ale wracajac tylko do jedzenia, ostatecznie jedynego musu, czy zasady tej walki sa w porządku? Czy jest sprawiedliwe, to ile Ty czy on musi naginac swoją zyciowa wolnosc, zeby zapewnic sobie chociazby jedzenie? Chyba nie bede sie tutaj rozkrecal, bo za tym stoja kolosalne tematy jak polityka, gospodarka itd itp. Bede szczesliwy w moich zwyklych czterech scianach ze zwyklym stolem, krzeslem i zwyklym chlebem z cebula lub czymkolwiek prostym aby nie byc glodnym. Wierze, ze moge tak byc szczesliwszy nie martwiac sie, czy mi zabraknie chleba od tych co cisna na sile i moga jesc cokolwiek przyjdzie im do glowy. Nie byc glodnym i spokojnie rowno oddychac…

Mania mienia i posiadania. Nie bylo to tak dawno gdy z fazy splacania przeszedlem w faze zaspokajania zainteresowan, gdy nagle wpadlem w faze 5-cio sekundowego uswiadamiania sobie, ze to mi nie jest potrzebne, ze nie bede mial z tego radosci czy podniecenia. Nie chce nic, materialnego i to tak proste marzenie, ze nawet czasem w tej popapranej glowie zazdroscilem skazanym na dozywocie. Ja chce spokoju i czasu. Nie potrzebuje kontaktow z ludzmi, kontakty z ludzmi po ostatecznym rozrachunku wiecej nam odbieraja na rozne sposoby. I nie chodzi tylko o to “czego oczy nie widza, tego… itd.” Odbieraja nam nie tylko wolnosc, ale przytrzymuja nas w gonitwie. Jesli mam kontakty z ludzmi, kazdego dnia wpadamy w dziesiatki pulapek, ktore na nas wplywaja. Ktorym ulegamy, nasladujemy, probujemy i udajemy lepszych tracac czas. Nie mowie o tych ktorych kochamy, cokolwie to znaczy. Tego pomimo kilkunastu zwiazkow nie udalo mi sie rozgryzc, i znow fachowcy Ci, “chlopie, jak czegos nie mozesz rozgryzc to to olej, po cholere sie meczysz”. To powiedz mi fachowcu “od ludzi”, ktora czesc w glowie jest za to nad programowe myslenie odpowiedzialna to ja sobie wytne. Milosc i Ci, ktorych kochamy, albo raczej Ci, ktorych odejscia nie chcemy. Ale to inny temat, ktorego pewnie do konca zycia nie rozgryze calkowicie. Wierze, ze im mniej wiemy tym lepiej sie czujemy. Dlaczego jednak wszyscy chca wiedziec, albo inaczej dlaczego w tych czasach jest takie parcie na “dzielenie sie” nie tylko informacjami, ale calym zyciem prywatnym. Ja nie chce nic wiedziec o nikim i nie chce aby ktokolwiek wiedzial o mnie. Latwo sie mowi, gorzej wychodzi praktyka. Ale malo ludzi wie, ze pierwsze konto na Facebook’u mialem na poczatku 2007 roku, kiedy po 6 miesiacach je skasowalem, bo niezbyt glebokiej analizie. Te prostackie pulapki socjologiczne mnie tez wciagaja. Znow tam jestem, bo uzyje skrotu “cisne na przod jak kon z klapklami na oczach”.  Mam nadzieje, ze uda mi sie wyprostowac wszystko wkrotce tak jak bym chcial.

Prostota. Nie czuje, zeby mi starczylo sily. Sam sie zaskakuje jakie mysli i opcje przelatuja mi przez glowe gdy motam sie o 4 czy 5-tej na ranem w srodku tygodnia. Zaczynam zwykle prosto “po co?” potem szukam powodow, im szybciej je znajduje tym latwiej je obalam. To troche jak isc caly czas w jednym kierunku, bez jedzenia, cieplego ubrania i na boso gdy im bardziej slabiej sie czujesz tym latwiej sie przekonujesz, ze to juz nie tak daleko…

przyjaciele

Kto jest naszym prawdziwym przyjacielem? Czy ja mam chociaż jednego prawdziwego przyjaciela? Kto to jest prawdziwy przyjaciel? Po co nam prawdziwy przyjaciel? Nudne pytania? Kto się nad tym zastanawia? Nie łatwiej po prostu garnąć się do tych osób, z którymi nam dobrze? Proste i płytkie, ale dobre. Nad tymi i podobnymi pytaniami tez dużo myślałem.

Jak w większości stosunków miedzy ludzkich uważam, że tak samo w przypadku “przyjaźni” wszystkim kierują proste zależności, a głównie korzyści. Nie tylko materialne, ale cała ich gama w rożnych materiach. Większość świadomie i nieświadomie stara się po prostu utrzymać dobry kontakt tylko z tymi, którzy coś im dają. Z tymi, od których teraz lub w przyszłości mogą coś zyskać. Nawet bardzo drobne rzeczy, powtarzalne małe przysługi. Przyglądałem się wielu takim “układom” w życiu, gdzie słuchałem jakie są to wielkie i dozgonne przyjaźnie. Często patrząc na to z boku różne wydarzenia wyglądają jak groteska. Proste decyzje tj. kogo zaprosić na kolację? No dzisiaj Krzyśka z żoną, bo jego kolega jest mechanikiem, a mi coś w aucie trzeszczy. Gdzie zginęła bezinteresowna serdeczność? Nie mamy na nią czasu? Ba, przecież ledwo nam starcza czasu na pozałatwianie spraw dzięki “przyjaciołom”. Dlaczego wielu z nas jako jedyne prawdziwe przyjaźni pamięta te zanim weszliśmy w dorosłe życie? Z czasów szkoły średniej czy studiów? Może dlatego, że nie było tam zależności materialnych?

Ja sam osobiście bardzo mało doświadczyłem zaproszeń na kolacje, czy inne, nazwijmy to popularne rzeczy, które robią wspólnie “przyjaciele”, bez drugiego dna – przysługi. Często, jak wielu to wie i nie raz doświadczyło, ludzie, którzy deklarują się być naszymi przyjaciółmi, odnajdują fakt naszego istnienia dopiero, gdy w taki czy inny sposób cokolwiek z nami związanego jest im potrzebne. Czy nasze umiejętność, czy znajomości czy nawet fakt, że mamy coś co chcą pożyczyć. Jeśli taki “przyjaciel” przestał dawać, przydawać się, bawić czy pożyczać, kontakt powoli zanika. Czy u ludzi obowiązuje prawo buszu? Z drugiej strony jak prosto w tych czasach o nowych “przyjaciół”. Wystarczy stać się (lub poudawać, że jest się) w czymś bardzo dobry, pochwalić się tam i ówdzie ciekawymi kontaktami, pracą, autem, wygodnie i przyjemnie urządzić sobie mieszkanko. Potem przez chwile zmusić się do słuchania z zainteresowaniem, zrobić dobre pierwsze wrażenie. Samemu zaproponować raz czy dwa pomoc wyraźnie ją akcentując. Potem w taki czy inny drobny sposób uzależnić od siebie i już czujemy się lepiej bo ktoś nas otacza… To są takie przyjaźni, które się pojawiają, doimy ile się da, a gdy np. musimy się przeprowadzić, cala przyjaźń urywa się bezproblemowo, wszelki kontakt zanika. Kto? A Krzysiek, tak pamiętam go, MIAŁ kumpla mechanika. Wszystkie korzyści jakie mieliśmy z tej osoby nie maja już dla nas znaczenia. Nie maja znaczenia, wiec po co trzymać taki kontakt?

No dobrze możesz powiedzieć, że ja tu piszę o zwykłych znajomościach. Jaka jest wiec różnica? Jeśli oddzielimy tych co uważają się za naszych przyjaciół, a tak na prawdę są tylko naszymi znajomymi, którzy przeważnie coś od nas potrzebują, to kto nam zostanie? Zostaną jacyś przyjaciele? A może to już nie czasy na takie pojęcia? Jaki wpływ ma na nas fakt jak to nazwiemy? Ja staram się ułomnie zrozumieć cokolwiek o nas i ludziach, którzy istnieją w naszym życiu. Jakie kierują nami motywacje w kontaktach z innymi? Czy jeśli wszyscy dookoła paplają się w tym morzu zależności, czy ja również muszę? Czy jak poradzę sobie ze wszystkim sam i wbrew otoczeniu nie muszę mieć “tylko znajomych” to będę potraktowany jako wyrzutek? Jeśli nadal punkt docelowy mojego myślenia wydaje się być za mgłą, to powiem wprost. Nie nawidzę zależności, żadnych i wszelkich. Ogarnia mnie ogromna złość kiedy dookoła widzę tą obłudę, to wszechobecne udowadnianie innym wszystkiego na siłę. Te płytkie deklaracje przyjaźni, ta ślepota ludzi na prawdę, o co chodzi w tych stosunkach. Nie widzę dookoła prawdziwych przyjaźni a co gorsza, zauważam, że pojęcie to kompletnie nie jest nikomu tak na prawde potrzebne. Jesli mamy dobry balans w zależnościach z jakimś tam “przyjacielem” czyli On daje tyle co bierze i kontakt jest, to co za problem? Działa, życie się toczy, po co się czepiać, niech się nazywają przyjaciółmi. Jesli nadal nie zatraciłem się w prawdziwym rozumieniu tego pojecia, to chciałbym zobaczyć takich ob-manifestowanych przyjaciół w jakiejś trudnej sytuacji dla jednego z dwojga. Co się stanie z ich znajomością? Czy ktokolwiek jeszcze pamieta przysłowie: “Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”? Bieda teraz nie jest w modzie, są tylko problemy, a przecież nie dzielimy sie nimi ochoczo z “przyjaciółmi”, bo to może ich zrazić do nas… Nie raz różni ludzie mówili mi, że powinienem żyć sam na odludziu i w pełni się z nimi zgadzam. Nie akceptuje takiego stanu rzeczy, jaki widzę dookoła. Nazwałbym to komercjalizacją stosunków międzyludzkich.

Do czego zmierzam, żeby się nie rozpisywać :) Dlaczego mi to nie pasuje, po co marnuje czas na pisanie o tym? Jeśli dłużej się nad tym zastanowię, to wszystko da się racjonalnie wyjaśnić. Taka po prostu jest ludzka natura, większość woli trzymać się kogoś lepszego w stadzie i niby nie ma tutaj nic złego. Wolimy spędzać czas z kimś bardziej zabawnym, lepiej ustawionym, bez problemów. Czyli kimś lepszym. To też w pewnym sensie zależność. Jest jeszcze drugi rodzaj pseudo-przyjaźni, to taki kiedy ktoś z jakichkolwiek powodów jest lepszy i utrzymuje kontakty ze słabszymi w danej dziedzinie. To daje mu poczucie więzi, lider, ktoś go lubi bo on świetnie jeździ na snowboardzie. Tak czy inaczej wszędzie jest to kwestia zależności, ale przecież to nie nasza wina, że takie czasy mamy, pogoń za tym, żeby mieć więcej, lepiej, szybciej, łatwiej. Ukryty egoizm w postaci niby szczerych zapewnień po pijanemu, jak to bardzo szanujemy tą osobę i że jest naszym największym przyjacielem. Czy to zalicza się do pojęcia prawdziwy przyjaciel? Kto w ogóle wymyślił to pojęcie? Po co?

Czytałem wiele różnych definicji, większość wyssanych z palca, np. “to ktoś kto oddałby Ci nerkę gdybyś potrzebował” ile jest takich przypadków na ziemi? Albo, “to ktoś, kto rzuci wszystko i pojedzie Tobie na ratunek” hehe… Czytałem o tym jak byłem mały w baśniach i legendach. Totalne bzdury filmowe. Prawda jest prosta i brutalna, sprawdź swojego przyjaciela i wyobraź sobie jego reakcje kiedy informujesz go, ze jesteś w jakimś życiowym poważnym potrzasku. Nie łudź się i zaraz po chwili odwróć ta wyobrażoną sytuację w przeciwną stronę.

Dlaczego ja w ogóle podjąłem się próby wyjaśnienia tego, co myślę w temacie “przyjaciel”? Całe moje dorastanie nie miałem się gdzie zwrócić o pomoc gdy jej potrzebowałem. Nie miałem starszego brata i nie byłem osiłkiem. Nigdy nie traktowałem rodziców jako przystań bezpieczeństwa. Kiedy cokolwiek przeskrobałem gdy bylem maluchem, wolałem w ogóle nie wracać do domu. Najbardziej zawiodłem się chyba, gdy byłem zagrożony na koniec pierwszej klasy w liceum. Dałem popalić nauczycielce od angielskiego, która postanowiła mnie nie puścić dalej. Po tym jak już nie zdałem do drugiej, moja ex-wychowawczyni powiedziała mi, że wystarczyłoby gdyby mój Tata przyszedł wtedy do szkoły i przeprosił Panią od angielskiego za zachowanie syna. On niestety powiedział jej, że jeśli syn nawarzył piwa to musi je teraz wypić… No to piłem… Nie wiem ile jest z tego prawdy i czy cały ten rok w plecy i to piwo do wypicia nie dały mi najlepszej życiowej lekcji. A może właśnie dlatego, nigdy nie stawiałem na nikogo, że mi w czymkolwiek i kiedykolwiek pomoże. Dobrze zostałem w tym temacie przeszkolony i zwrócenie się o pomoc to zawsze dla mnie ostateczna droga. A przecież jedną z definicji prawdziwego przyjaciela jest to, że on zawsze nam pomoże w potrzebie, zgadza się? Wygląda więc na to, że ja nie daje się wykazać nikomu jak ważna jest ta czy inna przyjaźń ze mną.

Od małego bardzo dokładnie obserwuje ludzi, do teraz nie mogę się nadziwić rożnym zachowaniom. Jak sami nie kontrolują, swoich decyzji, które jeśli nie są wynikiem emocji, czy głębokich przemyśleń, są zwykłym rezultatem działania natury. To jest tak banalne jak decyzja, którym samochodem pojechać na wycieczkę ze znajomymi, 30-sto letnim wrakiem z niewygodnymi siedzeniami i bez klimatyzacji czy komfortowym nowym samochodem ze świetnym sprzętem audio. Tak jest ja robię takie płytkie porównanie, tak to niestety widzę. Ludzie dobierają “przyjaciół” na zasadzie, o ile lepiej im będzie i to pod wieloma różnymi względami. Ile razy też nie możemy zrozumieć dlaczego ktoś tam tak zawzięcie trzyma z tą czy inną osobą, wystarczyło by poznać ich układ zależności. Dla niektórych układ może być tak ważny, że będąc w pobliżu swojego przyjaciela są nie do rozpoznania. Kompletnie nie ten człowiek, nie ten charakter, czasem trudno uwierzyć. Na pewno musi bardzo mu zależeć na tej przyjaźni, jeśli gra innego siebie pod kogoś oczekiwania. Tu nie ma nawet za bardzo jak użyć filozofowania, tutaj aż się pcha logika. To odnosi się nawet do tak banalnej rzeczy jak rozmowa. Daj sobie 5 minut na rozmowę z pięcioma rożnymi obcymi osobami. Naturalnie chcąc nie chcąc masz już faworyta. Selekcja taka nie jest do końca zależna od nas. Tak już jest.

Ale ja nie o dokładnym analizowaniu przyjaciela chciałem tutaj pisać. Czy kiedykolwiek znalazłeś(aś) się w na prawdę krytycznej sytuacji w życiu i pojawił się prawdziwy przyjaciel, który pomógł? Jaka jest moja osobista definicja prawdziwego przyjaciela? To ktoś taki, kto dzwoni do Ciebie bezinteresownie, żeby zapytać czy wszystko dobrze, albo żeby powiedzieć “Tomek! Szkoda, że Ciebie tutaj nie ma bo jest w cholerę śniegu i konkretny mróz”. To ktoś taki kto nigdy z góry Cię nie ocenia jeśli zwierzysz się z jakiegoś problemu, który rozumie, że rozmowa o problemach nie jest tylko prośbą o pomoc, ale często sama rozmowa pomaga najlepiej. To osoba, o której jesteś w 100% pewien, że w razie potrzeby rzuci wszystko i pomoże. Co ciekawe, właśnie z szacunku dla tych osób nigdy(!) nie chciałbym obarczyć ich żadną trudna sytuacją. To osoby, z którymi wszelkie różnice zdań same się ulatniają jeszcze szybciej niż się pojawiły. To osoba, która potrafi poświecić chwilę na próbę zrozumienia Ciebie i dlaczego to robisz tak czy inaczej. I na koniec dla mnie to takie osoby, z którymi nie wiążą mnie żadne nawet małe zależności. A przysługi działają na zasadzie propozycji a nie prośby.

Zawiodłem się na wielu osobach w życiu, nie będę tutaj zanudzał nawet o tych najbardziej ciężkich przypadkach. Jestem pewien, że niestety większość z nas zawiodła się również na kimś. Sęk w tym, że ja nie potrafię o takich rzeczach całkowicie zapomnieć. One bardzo głęboko wpłynęły na to jaki jestem. Nie potrafię tak jak inni przeskoczyć do następnej znajomości z tym optymizmem, że teraz już wszystko będzie super. Nie wykluczam, że ktoś następny może zrobić to samo. Nie potrafię rzeczy potraktować ot tak po prostu. Analizuje i wiem, że właśnie takie cechy przejmuje się po rodzicach. Jedno dziwne zdarzenie a ja już przeleciałem w głowie kilka scenariuszy dlaczego tak się stało. Tutaj ujawnia się jedna z moich głównych wad, przyklejam swoje myśli do najgorszego scenariusza. Dlaczego z góry zakładam zawsze najgorsze? Nie wiem, czy zasada miłego rozczarowania ma tutaj zastosowanie, hmm jakoś bronić się powinienem…

Tak, ja mam prawdziwych przyjaciół. Jest ich dwóch i jeśli kiedykolwiek przestane w nich wierzyć, to będzie różnoznaczne ze skreśleniem mnie jako członka jakiejkolwiek społeczności. Bardzo mi trudno w wielu momentach, moja i ich ścieżki życiowe rozrzuciły nas na duże odległości. Nadal jednak potrafimy do siebie dzwonić kompletnie bez powodu, bez konkretnych pytań. Potrafimy dzwonić też gdy każde z nas po prostu potrzebuje pogadać z kimś “spoza” najbliższego otoczenia. Kiedyś ktoś brutalnie powiedział mi, że przyjaźń można również zmierzyć pieniędzmi. Po chwili namysłu ma to jakiś sens, a dokładnie tłumaczę to tak, że kiedy Twój najlepszy przyjaciel jest w krytycznej sytuacji, pieniądze nie powinny mieć znaczenia w pomocy mu. Jest w tym chyba jakieś pozytywne nastawienie.

Miałem kiedyś taką sytuację. Szło mi dość ciężko mieszkając w Poznaniu, zostałem wykiwany przez firmę której robiłem dużo rożnych projektów stoisk targowych. Do dziś dnia nie zapłacili mi kilkunastu tysięcy za wystawione faktury. Człowiek sam próbował na własną rękę interesów. Ufał za bardzo i na słowo. Firma (mój klient) zniknęła, sprawy nie było. Na prawnika nie było mnie stać inne czasy, inne przepisy. Jeszcze przez kilka lat spłacałem zadłużenie wobec urzędu skarbowego i ZUS’u. Znamy to powiedzenie, że jak już coś nie idzie to wszystko na raz. Właśnie w tym najgorszym momencie, kiedy nie wstydzę się powiedzieć, mieszkałem w jakiejś paskudnej przybudówce u starszej Pani, bo na nic lepszego nie było mnie stać. Jadłem głównie ziemniaki w wielu postaciach. Właśnie w takim momencie jadąc rozklekotanym Volkswagenem Polo, zagapiłem się i ruszając na zielonym (zgodnie z przepisami) przyłożyłem w jakiegoś pirata, który próbował się zmieścić przez skrzyżowanie już na żółtym jak nie na czerwonym. Nie chciało mu się hamować bo jechał zbyt szybko. Sytuacja chyba jasna, dodatkowo ja nie widziałem go nadjeżdżającego po prawej ponieważ widok zasłaniał mi jakiś van z równoległego pasa.

No tak wiec w czym problem, jego wina świadkowie są itd. Zgadza się, gdybym miał zapłacone OC… Ściągnęliśmy auta na bok i musiałem się dogadywać. Kara za brak OC na pewno była by większa niż koszty jakie musiałem sam ponieść w związku z naprawą własnego samochodu oraz prawie nowego auta, które po całej długości idealnie przez tą kolizje zniszczyłem. Gość postawił sprawę jasno, wieczorem zażądał konkretnej gotówki, której nie miałem. Zadzwoniłem do jedynej osoby, jednego z moich przyjaciół. On sam bez ani sekundy wahania w głosie zaproponował mi pomoc. I w sprawie naprawy auta i pożyczył mi kosmiczna wtedy dla mnie sumę pieniędzy. Wiedział, że cienko mi idzie, wiedział, że ze spłatą mogę mieć problemy. Ale on nawet nie pytał i nie czekał na moje deklaracje jak mam zamiar to spłacić i kiedy dokładnie. Czy był bogaty? hehe nie, miał dużo swoich rożnych i pamiętam poważnych potrzeb w tamtym czasie. Byłem szczęściarzem, że miałem do kogo zadzwonić. Dla mnie była to też trudna decyzja żeby wziąć te pieniądze, byłem w dołku i od zawsze wiedziałem, że jeśli w grę wchodzą pieniądze to pierwszy krok, żeby stosunki się zepsuły. A tutaj nic się nie popsuło, cała ta sytuacja jakby kompletnie nie miała wpływu na naszą przyjaźń. Spłacałem nieregularnie, ale jak mogłem najszybciej. Nigdy jednak nie było żadnego spięcia z tego powodu i nigdy mu tego nie zapomnę.

Drugi przyjaciel jest ciężki do opisania, jednak nie znam chyba nikogo innego na świecie z kim na prawdę mógłbym pogadać o wszystkim, śmiało mogę stwierdzić, że żadna, kompletnie żadna sytuacja nie jest nas w stanie poróżnić. I jak z nikim innym oboje mamy do siebie tyle cierpliwości, żeby mieć czas na zrozumienie się wzajemnie. Przeszliśmy wspólnie przez rożne dziwne sytuacje, robiliśmy razem rożne rzeczy kiedy to na prawdę łatwo było o duże spięcia czy kłótnie. Chciałbym wierzyć, że tak jak ja liczę na niego, on wie, że może liczyć na mnie. Hehe jak na Zawiszy, no a do tego on jest nieśmiertelny :)

To przyjaźnie, które nie pojawiły się znikąd. Nie były wynikiem przeprowadzki, czy imprezy u znajomych z ich znajomymi. Obie historie są długie i barwne, wiele wydarzeń połączyło nasze osobiste ścieżki i zawiązały się razem. Zawsze na pierwszym miejscu stała przyjaźń a potem reszta, która nie mogła za wiele zmienić. To lata nie tylko imprez, ale tysięcy przegadanych godzin w najdziwniejszych miejscach i okolicznościach. To najdziwniejsze rzeczy jakie się robiło będąc tak mocno przepełnionym prostym szczęściem. To takie ułamki minut, gdzie trudno było opisać jak bardzo można z kimś tak samo “się porobić” jednym utworem lub widokiem. Te wszystkie historie jakie o sobie znamy, kto bardziej je zrozumie? Do kogo dzwonić gdy jakieś emocje wracają? Jako pesymista który szuka i który ma wrodzona zdolność logicznego wyjaśniania sobie bezsensowności rzeczy, cieszę się, że to właśnie Ci moi przyjaciele jakoś mnie tutaj przytrzymują.

Zawsze marzyłem żeby mój Brat i Tata byli moimi przyjaciółmi. Każde z nas ma jednak zbyt twarde, odrębne, specyficzne charaktery i osobowości. Zbyt wiele ran wzajemnie sobie zadaliśmy. Nikogo za nic nie chce i nigdy nie będę winić, ludzie są jacy są. A najbardziej trudne do zaakceptowania jest to, gdy nasi najbliżsi są nie tacy jakimi byśmy ich chcieli. Może nie wszystkich w życiu akceptuję takimi jacy są. Mam z tym dużo problemów, niepotrzebnie oceniam innych, niepotrzebnie wyrażam swoją dość często niepozytywna opinię. Wiele razy powinienem się zamknąć i odejść. Cieszę się jednak, że udaje mi się żyć od jakiegoś czasu w zgodzie ze Stefanem i Wojtkiem. Mimo, że nie będzie tutaj już nigdy takiego wspólnego zrozumienia o jakim marzyłem wiem, że oddałbym wszystko aby te pozytywne relacje utrzymać. A Mama? Mama to mama, szkoda, ze nie miała jednej córki :) Na pewno miała by więcej radości w życiu.

To chyba tyle w temacie “przyjaciele”. Generalnie nie zależy na posiadaniu wielu znajomości. W zasadzie starcza mi to co mam i opisałem powyżej. Nie potrzebuję adoracji czy 1345 znajomych na Facebook’u. Jedyne co daje mi wiarę w ludzi i energie, żeby dalej się tutaj babrać to moi prawdziwi przyjaciele. Oni znają mnie takiego jaki jestem, znają moje wady a mimo to skupiają się na moich dobrych stronach. Ciężkie czasy mamy na prawdziwe przyjaźni, jesteśmy przysypani znajomościami, które szybciej mina niż się pojawiły. Setki znajomości, które nic nie znaczą są tylko jakimś tymczasowym polem do spędzania czasu. Mam też wspaniałych znajomych, wiem, że są dobrymi ludźmi. Lubię mieć z nimi jakikolwiek kontakt, lubię wymieniać z nimi opinie i spędzać czas. Nie są to jednak według mojej definicji przyjaciele. Dziś mam z nimi kontakt jutro nie będę miał. Mimo tak długiego wywodu, przyznaje się, że też częciowo siedzę w tej pajęczynie zależności. Nie chcę jednak stracić perspektywy postrzegania tych różnych stosunków z innymi. Nie potrafię najwidoczniej brać rzeczy po prostu, nie potrafię się pogodzić z tym co widzę. Siedzę w tym bo nie mam trochę wyjścia. Odizolowanie się, o którym setki razy myślałem, przyniosło by więcej szkody innym niż mi satysfakcji. Może kiedyś uda mi się być w pełni sobą bez odgrywania roli fajnego znajomego.

jak opisać siebie?

Nie da się tego zrobić obiektywnie, taka już nasza natura. Obojętnie komu i co chcielibyśmy o sobie powiedzieć, nawet te niepozytywne rzeczy, to zawsze ostatecznie jest w tym jakiś aspekt połechtania własnego “ja”. Ja nie mam jasnej wizji jak w skrócie opisać siebie. To nie byłoby łatwe nawet w postaci nie skróconej. Dlatego powstał ten blog/pamiętnik, może on pomóc w poznaniu mnie, a przede wszystkim poznaniu co myślę o różnych rzeczach. Jednym z głównych wyznaczników kto jaki jest zaraz po zachowaniu jest to co myśli. Relacje z wydarzeń, w których brałem udział i moje eseje myślowe to mój plan na ta stronę. Kto wie, może przyda się komuś z powodów kompletnie nieoczekiwanych.

Ogólnie można by powiedzieć, że staram się nie marnować cennego czasu. Nie chodzi tu o ciągłe kalkulowanie czy robienie tego a tamtego będzie lepsze. Bardziej chodzi mi o próbę znalezienia czegokolwiek dobrego w tym co robimy. Czasu mamy bardzo mało, co powoduje, że wszelkie wielkie wybory przychodzą z dużym trudem. Nikt nie chce popełnić błędów, które mogą pochłonąć lata. Pierwszy raz z faktu, jak krótko jesteśmy na ziemi zdałem sobie sprawę jako kilkulatek leżąc w łóżeczku. Nie wiem jak to dokładnie zadziałało, nie wiem co było źródłem moich dziecięcych rozmyślań. Może usłyszałem gdzieś jakiś tekst o śmierci, w filmie którego nie mogłem oglądać ale słyszałem. Pomyślałem, że ludzie umierają “już niedługo” i nagle spanikowany zacząłem krzyczeć i płakać, że nie che nigdy umrzeć. Bałem się jako dziecko, że to już bardzo niedługo. Nie mogłem ogarnąć wtedy tych relacji czasowych, nie zdawałem sobie sprawy, że 50 lat na przykład to długi okres. Ciekawe, jak te mechanizmy u mnie zadziałały, że do dziś niemile wspominam to moje przerażenie.

Jest tyle rzeczy, które moim zdaniem są kompletnie zbędne w życiu a pożerają nasz czas. Przez kilka lat uważałem twardo, że spanie to też marnotrawienie czasu. Nie znaczy to, że wcześnie wstawałem nie nie. Chodziłem spać o 4, 5 rano. Do pracy wstawałem o 8. Wiadomo, że rzeczy które robimy dla jednych są marnotrawieniem czasu dla innych pasją w życiu. Ja uwielbiam spać, wiem, że organizm tego potrzebuje ale szkoda mi często iść spać kiedy tyle rzeczy można porobić. Małymi krokami zamieniam zajęcia, które mnie “oszukują” na takie, które dają nie tylko chwilową satysfakcje, ale generalnie poprawiają samopoczucie. Od wielu lat nie oglądam telewizji i nie czytam książek, dokładnie przemyślałem oba zajęcia i uznałem je za marnotrawienie czasu. Ty możesz mieć swoje zdanie. Dochodzi do tego jeszcze podejście do wszystkiego, to jednak ogromny i bardzo interesujący temat, który zahaczę innym razem.

Jakie mam cele w życiu? Hmm, na pewno na znalezienie tej odpowiedzi marnuje za dużo czasu. To i wiele innych egzystencjalnych pytań nie dają mi często zasnąć nawet po 18-stu godzinach na nogach. Z jednej strony chciałbym być kimś o bardzo niskim ilorazie inteligencji, bo uważam, że w ten sposób można być “łatwiej” szczęśliwszym w życiu, nie zamartwiając się kompletnie niepotrzebnie milionem rzeczy. W końcu ile z tych rzeczy da się zmienić? Z drugiej dociekanie wszystkich odpowiedzi jest fascynujące i uzależnia. Niestety, nie wiedzieć czemu moje rozmyślania najczęściej lądują w olbrzymiej dolinie. Wiem jak dochodzę to tych wyników, po prostu potrafię sam sobie, racjonalnie wytłumaczyć bezsens wszystkiego. Tak wiem, ta strona nie ma również pod wieloma względami sensu. Często chcemy różne rzeczy wyrzucić z siebie i nie ma jak pozostaje papier lub ekran komputera. Chcemy je wyrzucić, alby usłyszeć od kogoś co myśli na ten temat, aby usłyszeć czy ktoś się z tym zgadza lub nie i dlaczego? Przykro mi to stwierdzić, ale grono osób, które rozumiały by mnie przez wiele lat bardzo się uszczupliło. A teraz dodatkowo nikt nie ma czasu na nic… Ja mam trochę na pisanie tutaj, po prostu pójdę spać 3 godziny później.

kim jest tomek adamski

krotkie zycie

napisalem kiedys do przyjaciela, zapytal sie w email’u co u mnie i tak mu odpisalem

“witam…

no wiec co się u mnie dzieje, właściwie nie wiem co się dzieje hehe poza tym, że zgrywam normalnego gościa, który chodzi grzecznie codziennie do pracy, stara się trochę sypiać (choć uważam, że sen to strata czasu), to nic się nie dzieje, nic na zewnątrz, za to wewnątrz w cholerę sobie nie radzę…

więc co?

wstałem dzisiaj, czyli w niedziele przed pierwszą popołudniu, cisza totalna, zaciągnąłem spodnie i poszedłem do kuchni zrobić sobie kawę, odsłoniłem wielkie okno na wprost od sofy i uspokoił mnie widok deszczu, zanim woda się zagotowała zapodałem kolejny nowy zassany nielegalnie album z muzyką, która zmotywowała mnie do napisania tych bzdur…

nie masz czasem takiego uczucia, ze nawet stanie na ziemi Cię w pewnym sensie męczy? chciało by się być w nieważkości, żadnego punktu stycznego z czymkolwiek, żadnej siły ciążenia, jak cholernie trudno to sobie realnie wyobrazić, wiec jaki musi to być odjazd… nie wiem jak u Ciebie, ale mi często ciało przeszkadza w całkowitym wyłączeniu się z otoczenia

zalałem kawę i skręciłem “papierosa”, gdy nagle cała moja uwaga sama skupiła się na tym, co słyszałem… powiem tylko tyle, że dawno tak idealnie muzyka nie trafiła w klimat, jaki czułem i siedząc na sofie prawie czułem stan nieważkości, wszystko co było poza moim chorym umysłem, ciało, mieszkanie, Anglia, ziemia, nasza galaktyka, nie miało żadnego znaczenia

jeśli by podejść racjonalnie do tego jak zarządzamy naszym umysłem, tzn. jeśli ktoś kazałby nam notować myśli i podawać czas, jaki na każdy temat zszedł, co by mogło z tego wyjść? hmm wydaje mi się, że chyba największą sztuką w życiu jest pełne kontrolowanie myśli – dokładnie chodzi mi o to, ile czasu, np. minut na godzinę, lub godzin na dobę całą uwagę swoich myśli skupiamy na rzeczach, które ani nie dają nam satysfakcji lub przyjemności, często zamiast nas relaksować, nastrajają negatywnie. teraz może udaje mi się lub nie skupić Twoją uwagę na tych popapranych wywodach, czyli kradnę z Twojego czasu na myślenie ileś tam minut… a gdyby każdego z nas zamknięto na 24 godziny w bezruchu, w ciemni i totalnej ciszy (czyli pozbawiając nas odbierania jakichkolwiek bodźców, które miały by oczywisty wpływ na to o czym zaczęlibyśmy myśleć w tej sytuacji) i…. i jakieś zmyślne urządzenie rejestrowałoby to, co myślimy, hmm 24 godziny myślenia tylko i wyłącznie myślenia, o czym byłyby Twoje myśli?

czuje, ze czas za szybko ucieka… na 24 godziny, 10 spędzam na prace, około 1 godziny na jedzenie i uzywanie lazienki, 5 godzin na spanie – zostaje niby 8 godzin? hehe, ale odejmujemy dalej, (pamiętając, że staram się uśrednić wyliczankę), jeśli chcielibyśmy być w zgodzie z ogólnie narzuconymi nam przez otoczenie kulturowymi, stereotypowymi lub nie zasadami poprawnego życia, to odejmujemy jeszcze 2 godziny dziennie na sport (rano 30 minut biegania, wieczorkiem siłownia lub basen), 1 godzina na zakupy (nie tylko spożywcze, ale książkowe lub ubraniowe), 2 godziny na spotkanie ze znajomymi, 1 godzina na jakikolwiek sposób ukulturalnienia się (wystawa, teatr, kino, książka), możemy jeszcze odjąć spokojnie 1 godzinę na tzw. sprawy, które zawsze niewiadomo skąd się pojawiają i trzeba je załatwić (samochód się zepsul, ząb boli i trzeba iść do dentysty, itp.) ahh, jak mógłbym zapomnieć (mógłbym bo nie pamiętam kiedy sam oglądałem) telewizja, ale zakładamy, że tylko 0,5 godzinki średnio dziennie… gdybyśmy jaszcze musieli wszędzie dojeżdżać w korkach, to myślę, że z wielką rezerwą można odjąć godzinę dziennie spędzoną w środkach komunikacji – - – wynik: minus pół godziny! jesteśmy 30 minut w plecy (średnio)… No dobra przesadziłem z tym sportem może. Prawda jest taka, że większość ludzi połowy z tych rzeczy po pracy nie robi a i tak ciągle nie mają czasu na nic, a co z tymi, ktorzy mają pasję, hobby? gdzie jeszcze czas na to, kosztem czego możemy rozwijać coś co nas interesuje w życiu, jakieś konkretne zajęcie jak nauka gry na perkusji lub golf? w weekendy? w weekendy zawsze mówimy sobie: cały tydzień pracowałem to muszę odpocząć lub wersja z drugiej strony, cały tydzień planujemy ile to rzeczy ciekawych zrobimy właśnie w weekend i wiadomo jak się to kończy, kończy się stwierdzeniem w niedziele późnym wieczorem: “fuck nic nie zrobiłem, a jutro juz cholerny poniedziałek” lub coś w tym stylu.

a teraz dodajmy do tego, żonę, dzieci (przedszkole, potrojony czas na zakupy), druga rodzina do obowiązkowego odwiedzania – z ilu miłych rzeczy wymienionych wcześniej musimy zrezygnować? przecież ciągle mamy tylko cholerne 24 godziny na dobę….

a teraz kompletnie na koniec: a gdzie tak na prawdę czas dla nas…. gdzie czas na swobodne rozmyślanie? jedni nazwą rozmyślanie “nic nie robieniem”, dla mnie jest to bardzo ciekawe zajęcie, gdzie czas na słuchanie muzyki, na słuchanie a nie właczenie czegokolwiek odkurzając na przykład… gdzie w tym burdelu czas na komfort myśli z cyklu: “nic nie muszę, nigdzie się nie śpieszę, nie wiem, bo nie musze wiedzieć np. o której godzinie zacznę się czymś martwić….”

w mojej dzisiejszej niedzieli prawie się tak poczułem, dzięki muzyce… ale po wypiciu tej kawy, spaleniu papierosa, najchętniej ubrałbym się, wziął wędkę, wyszedł z mojej drewnianej chaty pod lasem, pozbawionej radia, TV, komputerów, telefonów, pamiątek po ludziach czy wydarzeniach, oddalonej o kilkadziesiąt mil od innych chat, i udał się nad rzekę złowić sobie pstrąga na obiad….

a może nie powinniśmy mieć za dużo czasu na myślenie?
może lepiej w ogóle nie myśleć, niech to wszystko dookoła samo nami kieruje? (jestem wrogiem tych ludzi)
a może tak na prawdę nie wiadomo, o co mi chodzi?

H.U.V.A. Network – Distances to ten album, który mnie tak dzisiaj rozjechał, gorąco go polecam

Taka ciekawostka: Projekt ten, jak wyczytałem, to efekt spotkania dwóch innych bardzo wyśmienitych twórców ambientu Szweda “Solar Fields” (Magnus Birgersson) oraz Francuza “Aes Dana” (Vincent Villuis). Jako Polak siedzący w Anglii, polecam ich z osobna również hehe…

proszę tylko a raczej zalecam, zapodaj ta muze późnym wieczorkiem na dobrym sprzęcie lub słuchawkach, w otoczeniu żadnych ludzi, bądź najedzony i bez cisnącego pęcherza hehe

czekam z niecierpliwością na recenzję (zdaję sobie sprawę, jak bardzo różne każdy z nas ma zapatrywania muzyczne, ale warto spróbować?)
na koniec przepraszam za ten spam i wtrącanie się w Twoją zapewne bardzo dobrze poukładaną codzienność :)

pozdrawiam

ender”

hmm…