jak się za to zabrać

beginingNadszedł w końcu czas, żeby jakoś się pozbierać i zacząć pisać co tak na prawdę myślę o różnych rzeczach, jak na przykład całe to gówno zwane potocznie życiem czy bzdety z tym związane tj. szczęście. Nie będzie to dla mnie łatwe, potrzebowałbym jakiegoś dyktafonu, który mógłby nagrywać bezpośrednio z moich myśli. Problemem jest zbyt wolne pisanie jak na tempo myślenia, nie zgranie czasowe rozmyślań z chęcią pisania oraz wiele innych mniejszych i większych utrudnień. Samo podzielenie moich opinii na rożne tematy jest trudne, bo bardzo łatwo się wkręcić i wykoleić emocjonalnie podczas pisania na jeden temat wpadając na inne wątki. Wszystkie bowiem wątki gdzieś tam na jakimś etapie łączą sie ze sobą i często maja wzajemny wpływ na siebie. No ale po co pisać tak właściwie, tyle zasobów wszędzie na wszystkie tematy, książki, internet z milionami blogów itd. Nie wiem, może to dla ludzi których wydaje mi się że znam albo im się wydaje że mnie znają. A może wkurwia mnie fakt, że ludzie za szybko przyklejają innym etykiety, katalogują każdego automatycznie bez zastanowienia, nie dają szans na pokazanie siebie. Niby mamy niesamowite możliwości w komunikowaniu się, nie ma już przeszkód odległości czy choćby nieśmiałości. I co z tego, im więcej możliwości w komunikacji tym większy syf w tym wszystkim. Facebooki, Nasze klasy i inne komercyjne badziewia co one nam daja tak na prawdę a co po kryjomu zabierają poza tak cennym czasem? Niszczą nas łatwych i pazernych z ciekawości lub egoistycznych w przechwalaniu się wcale nie niezwykłymi osiągnięciami. Temat social portali zostawię sobie na inny wpis, tam dopiero poszaleje z krytyką. Nie potrzebne były by blogi czy biografie gdyby udało się zapisywać zawartość Twojego umysłu. Spłaszczę pisząc, ze zrzucasz swój umysł do jakiegoś “pliku” i udostępniasz z niego jakieś kategorie innym osobom, na przykład jeśli ktoś online zapyta mnie co myślę o filmach, udostępniam mu dział filmowy mojego umysłu, ten ktoś podczepia sobie czytnik tych danych i od razu wie wszystko co ja myślę o filmach, które są dla mnie najlepsze, które najgorsze generalnie wszystko z tematem. No tak, ale filmy to taki wdzięczny temat do rozmowy przy piwie, zgadzam się. Z filmami jednak w naszych czasach jest podobnie jak z wieloma innymi tematami do rozmów czyli jest w tym temacie przeładowanie. Z tym zapisywaniem umysłu bardziej chodzi mi o dobieranie osoby do rozmowy. Jaki ma sens zaczynanie rozmowy o filmach dwóch osób z których np. jedna uwielbia film Solaris Steven’a Soderbergh’a a druga uważa, że to był najnudniejszy film jaki w życiu oglądała? Mamy przeładowanie we wszystkim, w każdym temacie jest już coś w internecie. Chcemy pogadać o czymkolwiek szukamy odpowiedniego forum. Zawsze byłem zwolennikiem rozmów na żywo “face-to-face”, ale powoli ciężko znaleźć rozmówców do takich rozmów, kogoś kto przynajmniej w jakimś stopniu będzie miał podobne wnioski do Twoich na rożne tematy. Kogoś z kim rozmowa na ten czy inny temat pobudzi Twoje szare komórki, rozmowa, która będzie w jakimś stopniu twórcza, otworzy Cię na niby znane sprawy z innej strony. Nie bawią mnie już od dawna rozmowy o “dupie Maryny”, czyli 90% tematów jakie można usłyszeć z rozmawiającej grupy osób. Okres mamy taki, że teraz we wszystkim trzeba być lepszym od innych, większość z tych rozmów to udowadnianie rozmówcom, że pod jakimkolwiek względem jest się lepszym, zna się coś lepiej, umie, wie, więcej widziało… konkurencyjność. Skąd się to wzięło? Media, dostęp do informacji, otoczenie. Czy nie byłbym bardziej zadowolonym człowiekiem z mojego samochodu, gdybym nigdy na oczy nie widział lepszego, droższego czy ładniejszego auta? Byłbym pewnie, ale to nie o to chodzi, co powoduje taki tok myślenia. Dlaczego wszyscy są ogarnięci manią udowadniania przez posiadanie? Nie o samochody chodzi, w zasadzie to jeden z najbardziej beznadziejnych przykładów dotyczący ludzi, którzy bardzo rzadko się zastanawiają nad sensem zachowań. Mowa jest o wszystkim i w każdym temacie. Wszyscy siedzimy w pułapce otoczenia, jesteśmy już niestety w większości przypadków tak zmienieni, że nic się nie da zrobić. Ile z naszego zachowania na co dzień jest wynikiem nas samych, naszych prawdziwych dążeń, marzeń, myśli, chęci a ile jest po prostu wypracowanym mechanizmem otoczenia?

Zacznę pisać po kolei na rożne tematy, z których większość nie nastraja mnie optymistycznie. Ale może warto, może w jakimś stopniu chociaż jednej osobie moje przemyślenia pomogą być bardziej naturalnym sobą. To nie terapia, ja sam ze sobą mam cholerne problemy, przez które wiele osób cierpiało. Dlaczego? Bo podejmowałem próby przełamania bycia takim jakim wszyscy mnie oczekiwali. Niestety nadal siedzę w tym wygodnym bezsensownym syfie i każdy dookoła doprowadza mnie do szału mówiąc “ale Ty na prawdę nie masz na co narzekać”, ale tu nie o narzekanie chodzi, to zdanie w ogóle w perfekcyjny sposób pokazuje jak nie rozumie się o co w ogóle chodzi. chodzi o punkt widzenia! I zgadza się, biorąc standardowe ogólnie wszędzie przyjęte kryteria życia w społeczeństwie to TAK nie powinienem narzekać. Radze sobie hehe oczywiście, ale wielkim kosztem znoszę te wszystkie narzucone normy i wcale nie zmienia to faktu, że w tej chwili JA uważam moje życie za marnotrawienie czasu. Nie chodzi o to by wszyscy dookoła twierdzili jak dobrze mi idzie i że inni maja gorzej. W całym tym projekcie pisania chodzi o to dlaczego ja się w tym wszystkim nie czuje dobrze. Może takie spisanie wszystkich przemyśleń pomoże ostatecznie mi samemu podjąć jakieś konkretne decyzje, może doda mi odwagi aby odwrócić wszystko wbrew ogólnie przyjętej logice I poczuje w pełni, że żyje tak jak zawsze chciałem i bez względu na warunki i otoczenie będę szczęśliwy, nienaruszalnie szczęśliwy.

Proszę nie kwituj tego pierwszego postu zbyt pochopnie, daj szanse, a ja krok po kroku postaram się przedstawić moje wizje o wszystkim, np. dlaczego ludzie są nieszczęśliwi i nie będę pierdolił o miłości czy przyjaźni jako zastępczych środkach dobrego samopoczucia. Nie będę sadził farmazonów, które wyczytasz w setkach bestsellerów o prawdzie życia. Nie będę mieszał religii, choć duży esej na ten temat na pewno wysmażę z racji mojego dzieciństwa i ze względu na Ojca. Jedyne co tu się będzie pojawiało to to, co ja myślę i dlaczego tak myślę. Miłej lektury więc.

mój Brat choruje

wojtek_wilczedoly_sylwester_2009-2009Niestety nie miało kogo dopaść to dopadło Wojtka. Nie będę się rozpisywał o samej chorobie, napiszę tylko, że chodzi o układ pokarmowy i że ma on cholernego pecha. Wszystko zaczęło się podobno w okolicach czerwca 2008 roku, a w grudniu stan jego zdrowia znacznie się pogorszył. Wojtek ważył mniej więcej 70-75kg we wczorajszej rozmowie zdradził mi, że gdy go ważyli przyjmując do szpitala we wtorek 27 stycznia waga pokazała 55kg!!! :( Cholernie się martwię o mojego “młodszego mądralińskiego”. Choroba ma status przewlekłej i co najgorsze, ciężko wyleczalnej. Rozmawiam z nim teraz co dziennie i powoli czuje się lepiej. Jednak odkąd dowiedziałem się o jego problemach, już kilka razy “czuł się lepiej” a za chwilę dolina. Już od dawna musiał sobie odmawiać wielu rzeczy do jedzenia, z bólami testował różne potrawy aby dopasować sobie dietę. Jest to w tym przypadku chyba jedyna możliwa metoda jako że nikt jeszcze nie opracował takiej diety, która we wszystkich przypadkach się sprawdza. Jak trudne to jest podchodzić do jedzenia z obawą, że za chwilę będziemy się zwijać z bolu.

Spędziliśmy fajne chwile w czasie mojego pobytu w Polsce pod koniec grudnia i z początkiem stycznia. Pogadaliśmy sobie jeszcze w Poznaniu, potem świetny wyjazd do Wilczych Dołów ze znajomymi. Ogólnie byłem pewien, że powoli się kuruje i wszystko idzie ku lepszemu. Kiedy jednak dostałem sms’a od naszej Mamy, że Wojtek idzie do szpitala zrobiło mi się słabo… Sam przechodziłem zaraz po maturze dość poważne problemy i mam spore doświadczenie z hospitalizacją w Polsce. Tym bardziej byłem przerażony ta wiadomością. Dopiero druga rozmowa z Wojtkiem mnie uspokoiła trochę. Co nie zmienia faktu, że z naszymi ojczystymi lekarzami, ich diagnozowaniem i ich metodami leczenia na zasadzie prób i błędów mam dużo obaw.

bblg_pomost_wilczedoly_1styczen2009

Red Snapper – Exeter

red-snapperDzieki Pawlowi z Latawca (lokalnej gazety dla emigrantow), ktory dal mi znac co bedzie grane, wybralem sie do Phoenix Arts & Media, czyli odpowiednika Domu Kultury, na koncert brytyjskiej grupy Red Snapper. Jako, ze ogolnie dzien mialem dobry z pozytywnym nastawieniem zakupilem podwojna whisky w barze i czekalem na otwarcie sali koncertowej. Nie wiedzialem o RS kompletnie nic, zdazylem przeczytac kilka zdan tuz przed wyjsciem z domu, acid jazz to ich glowny sektor ale jak to w wiekszosci przypadkow bywa kreatywni artysci poszukuja komponujac i tak mozna sie dosluchac w ich muzyce troche brzmien dub, trip-hop, hard rock, big-beat czy soul. Powiem krotko to byly wysmienite 2 godziny ciekawej, wkrecajacej muzyki. Ali Friend (leader) z jego podrasowanym z konsoli brzmieniem kontrabasu definitywnie stanowil fundament calosci, zaraz po nim czysta jaskrawa perkusja (Rich Thair). Jesli do tego dodamy saxsofon basowy i klarnet (Tom Challenger, nowy nabytek kapeli) i perfekcyjnie wypelniajaca rozlana po calosci gitara (David Ayers) mozemy doswiadczyc calkiem wysmienitej uczty dla ucha, ktora nie pozwoli Ci stac jak slup w miejscu. Polecam goraco Red Snapper’ow jesli szukasz czego swiezego, zapewniam ze mimo iz grupa powstala w 1993 roku i miala 5-cio letnia przerwe to po ich brzmieniu nie da sie tego poznac.

Wiecej aktualnych informacji o zespole znajdziesz pod adresem:
http://www.myspace.com/redsnapperofficial

M5 i powrot do domu

Mimo, ze jak wiekszosc nie lubie poniedzialkow dzisiaj czuje sie swietnie, dlaczego? Wczoraj wracalem samochodem z Bostonu do Exeter i mialem niesamowite szczescie uniknac wypadku w ktorym moglem zginac…

Bylo okolo godziny 21, oczywiscie ciemno i padal deszcz. Autostrada M5 posiada 3 pasy w kazdym kierunku plus pas pobocza. Jechalem srodkowym pasem z predkoscia okolo 130km/g co jest zgodne z przepisami, a poniewaz nie bylo duzego ruchu chcialem uniknac jechania po zalanych woda koleinach najwolniejszego lewego pasa. Zblizalem sie do lagodnego dlugiego zakretu w prawo. Zauwazylem w oddali na pasie pobocza stojaca ciezarowke z wlaczonymi swiatlami awaryjnymi. Pomiedzy mna a ciezarowka po lewym pasie jechaly 2 samochody, ktore rowniez zauwazyly ciezarowke i zmienily pas na srodkowy czyli ten na ktorym ja jechalem. Poniewaz te dwa samochody jechaly duzo wolniej ode mnie automatycznie zmienilem pas na najszybszy czyli pierwszy od prawej strony. Po chwili przygladania sie ciezarowce nagle cos zaczelo mnie oslepiac z naprzeciwka i w ulamku sekundy zorientowalem sie, ze dokladnie na moim pasie przede mna stoi w miejscu rozbity samochod. Jego jedna lampa pozostala lampa przednia swiecila prosto we mnie. Odruchowo w ostatniej chwili szarpnalem kierownica w lewo zeby po prostu nie uderzyc w ten rozbity samochod. Dzielilo mnie kilka metrow od niego jak cudem znalazlem sie na pasie srodkowym omijajac dwa wolniejsze samochody, ktore po nim jechaly. Uslyszalem i poczulem jak przejechalem po porozrzucanym szkle po calej autostradzie, bezpiecznie zwolnilem i w koncu stanalem w bezpieczym miejscu wyznaczonym dla samochodow, ktore maja awarie. Nie moglem ochlonac przez dobre pol godziny… Po kilku minutach widac bylo niebieskie swiatla najprawdopodobniej Policji. Wypadek w ktorym moglem byc dodatkowa ofiara musial miec miejsce kilkanascie sekund zanim do niego dojechalem. Rozbity samochod osobowy nie mial nawet wlaczonych swiatel awaryjnych ani postawionego trojkata ostrzegawczego. To moglabyc sytuacja bez wyjscia gdybym tylko zgubil na ulamek sekundy uwage.

Zdarzenia takie jak to przypominaja nam zeby sie cieszyc, ze jeszcze tu jestesmy…

koniec wieńczy dzieło

Wszędzie gdzie toczy sie rozmowa na temat pracy pada pytanie czy czujesz z niej satysfakcje. Znamy te oklepane definicje o wymarzonej pracy, ja przede wszystkim uwazam, ze nie ma idealnej pracy. Powod jest prosty, prace zawsze wykonujemy dla kogos i w najlepszym przypadku jest to bezposrednio klient i nawet wtedy czesto robimy cos bo on tak chce a nie inaczej. Czyli nawet jesli pracujemy w zawodzie, jesli nawet praca wiaze sie z naszym hobby to zawsze jest cos co musimy odbebnic jako meczacy obowiazek. Sukcesem jednak jest gdy nie stoimy w miejscu, bo praca nie powinna byc tylko zrodlem pieniedzy na zycie. Wiekszosc spedza w niej 8-10 godzin dziennie, czy same pieniadze to wystarczajacy powod zeby sie tak meczyc?

Ja dzisiaj przezywam ten dzien, w ktorym czuje sie satysfakcje z pracy. Trzy tygodnie wytezonej pracy okazaly sie sukcesem. Moje dwa decydujace projekty dla kluczowego klienta w firmie gdzie pracuje zostaly zaakceptowane, znaczy to tyle, ze mamy na caly rok zapewnione pelne rece roboty.

Londyn

LondynZa każdym razem Londyn mnie cholernie męczy… a dokładnie te setki ludzi o których trzeba się obijać idąc gdziekolwiek. Tak, zgodzę się z milionami ludzi i powiem, że ma swój niepowtarzalny klimat, szczególnie gdy zajdzie słońce. Mi to jakoś nie wystarcza, żeby uznać tego kolosa za utęsknione miejsce. Warto jednak kilka razy tam wpaść, usiąść w jakimś tłocznym miejscu i patrzeć, przyglądać się mnożyć każdą sekundę swojego życia z tymi setkami ludzi przechodzącymi obok w ciągu minuty. Jakbym chciał na prawdę zwiedzić Londyn? Oczywiście to nie realne przynajmniej w realu ale na crossie i bez ani jednego człowieka. Ot coś jak w “28 dni później” lub “I’m a legend”.

To mrowisko, a kto tak na prawdę lubi mrowiska? Londyn się sprawdza idealnie dla ludzi, którzy tak na prawdę nie przejmują się czym ich czas w życiu jest wypełniony i marnują go w środkach komunikacji udając, ze tutaj czuje, ze żyje. To miejsce zabiera Ci ile się da z życia. Od samego nowego roku czworo z moich znajomych po minimum 3 latach tam spędzonych uciekli. Nie byli w stanie powiedzieć, co robili cały czas tam spędzony. Starali się ustawić, hehe he.

Londyn to wspaniale miasto jeśli chodzi o miejsca do skucia się na cacy, wspaniale muzea i przepiękne diamenty architektury. To wypasione sklepy i serce wszelkich interesów. Łatwiej byłoby odpowiedzieć czego tam nie ma. Jak kto woli, wiadomo rzecz gustu i tego jak cenimy minuty swojego życia. Nie będę się rozpisywał co widziałem i zwiedziłem, bo na pewno znajdziesz ciekawsze i mniej krytyczne opisy na milionach innych blogów. Dla mnie to miasto jest ciekawe na jeden weekend w miesiącu, nigdy nie chciałbym tam mieszkać na stałe wystarczająco już czasu w życiu zmarnowałem na pseudo radzenie sobie i ustawianie się. Wole być w większej mierze zależny od siebie a nie od tego co mnie otacza. Miasto polecam osobom, którym w ciągu ostatnich 10 lat ich życia zdarzyło się chociaż raz powiedzieć, że “nie ma co robić” albo “ale nudy”, Londyn bardzo uprzejmie przejmie za nich odpowiedzialność za zorganizowanie czegokolwiek w miejsce nudy której sami nie potrafią czymkolwiek wypełnić.

Kuba – Through a Lense

Kuba - Through a LenseKolejne odkrycie ostatnich dni, to jest niesamowity album z wytworni Chillcode Music. Będę musiał zwrócić większą uwagę na ich wydawnictwa. Album ten to klasyczny przykład pozytywnego ambientu, w którym przewijają się niesamowite kombinacje dźwięków elektronicznych, etnicznych, można by dodać organicznych i oczywiście chill’ujących. Idealnie dopasowane tło niskich brzmień, które nie tylko nie meczy po jakimś czasie ale idealnie wypełnią główne rozgrywki w utworach. Nie często zdarza się gdy już po drugim przesłuchaniu płyty praktycznie każdy otwór zawiera jakiś smaczek, coś co nie tylko łatwo wpływa do uszu ale pobudza reakcje. Niektóre momenty stwarzają wrażenie eksperymentu pomiędzy zadowoleniem za wszelka cenę słuchacza a jednocześnie całkowita ignorancja podczas składania tej muzyki w całość. Jest to łatwa muzyka w odbiorze, ale dlaczego odmówić sobie czegoś co jest przyjemnie nie przekombinowane. W całym tym zalewie ambient i chillout “Through A Lense” wybija się bardzo jaskrawo.

Solar Fields – Blue Moon Station

Solar Fields – Blue Moon StationOgólnie za duzo halasu wokolo nas, kto tak na prawde zwraca uwage na to? Nie ma chyba lepszego odbioru nowej porcji muzyki jak poprzedzajace go kilka godzin ciszy. Tak jak kazdy rodza muzyki jaki lubie tak i ten nie jest tym do mlocenia non stop czy w samochodzie. To kolejna plyta do resetu mysli, do relaksu samopoczucia. Nie wiem ale chyba po filmie Solaris zaczalem w tych kregach grzebac. Cos pomiedzy cisza a muzyka w tle czasem wydostajaca sie mocniej z glebi. Ten album wymaga dobrego sprzetu i ciszy dookola lub dobrych zamknietych sluchawek. Polecam po obudzeniu sie w jakies niedzielne popoludnie.

Opeth – Watershed

Wirtuozeria, tyle mogę o tym szwedzkim klasycznie metalowym zespole. Odkąd zacząłem cokolwiek się orientować w tym gatunku od razu nabrałem szacunku do wszelakich muzycznych wytworów ze Skandynawii. Wcale nie jest dziecinne stwierdzenie, że jeśli Wikingowie żyliby nadal to słuchali by właśnie takich kapel jak Opeth. Po wielu latach sam się z siebie uśmiałem, że najlepiej czytało mi się Thorgala właśnie przy heavy metalu :)

Co można powiedzieć o tej płycie, w moim odczuciu to samo co o wszystkich innych albumach, uczta dla uszu łechtająca nie tylko podniebienie dźwięków ale pobudzająca wyobraźnię. Przesłuchanie Watershed to jak przeczytanie książki o mrocznej historii w której nie wiadomo kto był istotą żywą a kto duchem. Pomimo zagmatwanej historii tak jak i nastrojów dźwięków poprzeplatanych szybką rąbanką i melodyjnym kobiecym śpiewem czujesz spokój jak wychodząc w końcu z niekończącego się lasu w środku nocy. Odwracasz się patrząc w ciemność i walczysz w myślach mając nadal “gęsią skórę” czy wejść i zgubić się jeszcze raz…

Bardziej standardowym językiem to poezja metalowa :) Zmiany tępa i klimatu jedynie podnoszą Ci ciśnienie, to zapisane Twoje sny w postaci filmowego soundtrack’u. Tutaj nie ma miejsca na ubogi w emocje moment, jeśli lubisz mrok, las, średniowiecze, rycerzy z głowami czy bez, czarne konie czy historie o Wikingach hmmm… załóż słuchawki, ustaw volume soczyście, zamknij oczy i miłego wędrowania czy tez uciekania przed wilkami :)

Zachęconych a nie zmuszonych odsyłam do oficjalnej strony zespołu http://www.opeth.com/

Slayer – South of Heaven

Slayer – South of HeavenKlasyka gatunku heavy metal, album który powinni przesłuchać wszyscy z zapuszczonymi włosami z powodu muzyki. Nie wiem jak dokładnie można opisać to, jak ta płyta wpłynęła na mnie. To ciężka, energiczna, miażdżąca porcja metalowego walcowania i nie o tańcu pisze. Kiedy pierwszy raz słuchałem Slayera, znalem może 4 słowa po angielsku i tak na prawdę kompletnie mnie nie obchodziło o czym “śpiewają”, chodziło o siłe brzmienia, o przejścia na perce, o idealnie wyważoną rąbankę riffów przeplataną z solówkami. Do większości albumów z tego rodzaju muzyki nadal podchodzę tylko od strony brzmień a nie ideologii. Rodzice zawsze próbowali mi przypisać jakieś ideologie i widząc pentagram na okładce wówczas kaset firmy Takt myśleli, ze stanę się satanistą. Ja ujmę to tak, że dzięki tej muzyce w okresie kiedy to podobno dojrzewałem było mi po prostu łatwiej. To zmasowane jechanie po uszach rozładowywało wiele moich szczeniackich stresów, a teraz po prostu dla ożywienia samopoczucia często sobie przywalę coś Slayera czy innego Napalm Death. Teraz też rozumiem więcej tekstów i bardzo żałuje, że zamiast języka rosyjskiego nie uczyłem się od podstawówki angielskiego. A może nadszedł czas aby poznać historie heavy metalu z Rosji?

Płytę zaliczam do mojej złotej setki, chłopaki na prawdę pokazali ciężką jazdę, której wiele pokoleń długo nie zapomni i nikt i nic nie jest w stanie w jakikolwiek sposób ich naśladować. Z ciekawostek dodam, ze pierwsza kaseta South of Heaven pożyczona od Robina była kopia ze zwolnionymi obrotami i przez długi czas wielu z nas nie miało pojęcia, że ta muza w oryginale jest trochę szybsza. Pozytywnym zdziwieniem było pierwsze przesłuchanie oryginalnej płyty CD, ehh to była uczta. Jednym z moich małych celów jest usłyszeć Slayer na żywo, mam nadzieje, że w końcu dotrę na ich koncert.