Kto jest naszym prawdziwym przyjacielem? Czy ja mam chociaż jednego prawdziwego przyjaciela? Kto to jest prawdziwy przyjaciel? Po co nam prawdziwy przyjaciel? Nudne pytania? Kto się nad tym zastanawia? Nie łatwiej po prostu garnąć się do tych osób, z którymi nam dobrze? Proste i płytkie, ale dobre. Nad tymi i podobnymi pytaniami tez dużo myślałem.
Jak w większości stosunków miedzy ludzkich uważam, że tak samo w przypadku “przyjaźni” wszystkim kierują proste zależności, a głównie korzyści. Nie tylko materialne, ale cała ich gama w rożnych materiach. Większość świadomie i nieświadomie stara się po prostu utrzymać dobry kontakt tylko z tymi, którzy coś im dają. Z tymi, od których teraz lub w przyszłości mogą coś zyskać. Nawet bardzo drobne rzeczy, powtarzalne małe przysługi. Przyglądałem się wielu takim “układom” w życiu, gdzie słuchałem jakie są to wielkie i dozgonne przyjaźnie. Często patrząc na to z boku różne wydarzenia wyglądają jak groteska. Proste decyzje tj. kogo zaprosić na kolację? No dzisiaj Krzyśka z żoną, bo jego kolega jest mechanikiem, a mi coś w aucie trzeszczy. Gdzie zginęła bezinteresowna serdeczność? Nie mamy na nią czasu? Ba, przecież ledwo nam starcza czasu na pozałatwianie spraw dzięki “przyjaciołom”. Dlaczego wielu z nas jako jedyne prawdziwe przyjaźni pamięta te zanim weszliśmy w dorosłe życie? Z czasów szkoły średniej czy studiów? Może dlatego, że nie było tam zależności materialnych?
Ja sam osobiście bardzo mało doświadczyłem zaproszeń na kolacje, czy inne, nazwijmy to popularne rzeczy, które robią wspólnie “przyjaciele”, bez drugiego dna – przysługi. Często, jak wielu to wie i nie raz doświadczyło, ludzie, którzy deklarują się być naszymi przyjaciółmi, odnajdują fakt naszego istnienia dopiero, gdy w taki czy inny sposób cokolwiek z nami związanego jest im potrzebne. Czy nasze umiejętność, czy znajomości czy nawet fakt, że mamy coś co chcą pożyczyć. Jeśli taki “przyjaciel” przestał dawać, przydawać się, bawić czy pożyczać, kontakt powoli zanika. Czy u ludzi obowiązuje prawo buszu? Z drugiej strony jak prosto w tych czasach o nowych “przyjaciół”. Wystarczy stać się (lub poudawać, że jest się) w czymś bardzo dobry, pochwalić się tam i ówdzie ciekawymi kontaktami, pracą, autem, wygodnie i przyjemnie urządzić sobie mieszkanko. Potem przez chwile zmusić się do słuchania z zainteresowaniem, zrobić dobre pierwsze wrażenie. Samemu zaproponować raz czy dwa pomoc wyraźnie ją akcentując. Potem w taki czy inny drobny sposób uzależnić od siebie i już czujemy się lepiej bo ktoś nas otacza… To są takie przyjaźni, które się pojawiają, doimy ile się da, a gdy np. musimy się przeprowadzić, cala przyjaźń urywa się bezproblemowo, wszelki kontakt zanika. Kto? A Krzysiek, tak pamiętam go, MIAŁ kumpla mechanika. Wszystkie korzyści jakie mieliśmy z tej osoby nie maja już dla nas znaczenia. Nie maja znaczenia, wiec po co trzymać taki kontakt?
No dobrze możesz powiedzieć, że ja tu piszę o zwykłych znajomościach. Jaka jest wiec różnica? Jeśli oddzielimy tych co uważają się za naszych przyjaciół, a tak na prawdę są tylko naszymi znajomymi, którzy przeważnie coś od nas potrzebują, to kto nam zostanie? Zostaną jacyś przyjaciele? A może to już nie czasy na takie pojęcia? Jaki wpływ ma na nas fakt jak to nazwiemy? Ja staram się ułomnie zrozumieć cokolwiek o nas i ludziach, którzy istnieją w naszym życiu. Jakie kierują nami motywacje w kontaktach z innymi? Czy jeśli wszyscy dookoła paplają się w tym morzu zależności, czy ja również muszę? Czy jak poradzę sobie ze wszystkim sam i wbrew otoczeniu nie muszę mieć “tylko znajomych” to będę potraktowany jako wyrzutek? Jeśli nadal punkt docelowy mojego myślenia wydaje się być za mgłą, to powiem wprost. Nie nawidzę zależności, żadnych i wszelkich. Ogarnia mnie ogromna złość kiedy dookoła widzę tą obłudę, to wszechobecne udowadnianie innym wszystkiego na siłę. Te płytkie deklaracje przyjaźni, ta ślepota ludzi na prawdę, o co chodzi w tych stosunkach. Nie widzę dookoła prawdziwych przyjaźni a co gorsza, zauważam, że pojęcie to kompletnie nie jest nikomu tak na prawde potrzebne. Jesli mamy dobry balans w zależnościach z jakimś tam “przyjacielem” czyli On daje tyle co bierze i kontakt jest, to co za problem? Działa, życie się toczy, po co się czepiać, niech się nazywają przyjaciółmi. Jesli nadal nie zatraciłem się w prawdziwym rozumieniu tego pojecia, to chciałbym zobaczyć takich ob-manifestowanych przyjaciół w jakiejś trudnej sytuacji dla jednego z dwojga. Co się stanie z ich znajomością? Czy ktokolwiek jeszcze pamieta przysłowie: “Prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie”? Bieda teraz nie jest w modzie, są tylko problemy, a przecież nie dzielimy sie nimi ochoczo z “przyjaciółmi”, bo to może ich zrazić do nas… Nie raz różni ludzie mówili mi, że powinienem żyć sam na odludziu i w pełni się z nimi zgadzam. Nie akceptuje takiego stanu rzeczy, jaki widzę dookoła. Nazwałbym to komercjalizacją stosunków międzyludzkich.
Do czego zmierzam, żeby się nie rozpisywać :) Dlaczego mi to nie pasuje, po co marnuje czas na pisanie o tym? Jeśli dłużej się nad tym zastanowię, to wszystko da się racjonalnie wyjaśnić. Taka po prostu jest ludzka natura, większość woli trzymać się kogoś lepszego w stadzie i niby nie ma tutaj nic złego. Wolimy spędzać czas z kimś bardziej zabawnym, lepiej ustawionym, bez problemów. Czyli kimś lepszym. To też w pewnym sensie zależność. Jest jeszcze drugi rodzaj pseudo-przyjaźni, to taki kiedy ktoś z jakichkolwiek powodów jest lepszy i utrzymuje kontakty ze słabszymi w danej dziedzinie. To daje mu poczucie więzi, lider, ktoś go lubi bo on świetnie jeździ na snowboardzie. Tak czy inaczej wszędzie jest to kwestia zależności, ale przecież to nie nasza wina, że takie czasy mamy, pogoń za tym, żeby mieć więcej, lepiej, szybciej, łatwiej. Ukryty egoizm w postaci niby szczerych zapewnień po pijanemu, jak to bardzo szanujemy tą osobę i że jest naszym największym przyjacielem. Czy to zalicza się do pojęcia prawdziwy przyjaciel? Kto w ogóle wymyślił to pojęcie? Po co?
Czytałem wiele różnych definicji, większość wyssanych z palca, np. “to ktoś kto oddałby Ci nerkę gdybyś potrzebował” ile jest takich przypadków na ziemi? Albo, “to ktoś, kto rzuci wszystko i pojedzie Tobie na ratunek” hehe… Czytałem o tym jak byłem mały w baśniach i legendach. Totalne bzdury filmowe. Prawda jest prosta i brutalna, sprawdź swojego przyjaciela i wyobraź sobie jego reakcje kiedy informujesz go, ze jesteś w jakimś życiowym poważnym potrzasku. Nie łudź się i zaraz po chwili odwróć ta wyobrażoną sytuację w przeciwną stronę.
Dlaczego ja w ogóle podjąłem się próby wyjaśnienia tego, co myślę w temacie “przyjaciel”? Całe moje dorastanie nie miałem się gdzie zwrócić o pomoc gdy jej potrzebowałem. Nie miałem starszego brata i nie byłem osiłkiem. Nigdy nie traktowałem rodziców jako przystań bezpieczeństwa. Kiedy cokolwiek przeskrobałem gdy bylem maluchem, wolałem w ogóle nie wracać do domu. Najbardziej zawiodłem się chyba, gdy byłem zagrożony na koniec pierwszej klasy w liceum. Dałem popalić nauczycielce od angielskiego, która postanowiła mnie nie puścić dalej. Po tym jak już nie zdałem do drugiej, moja ex-wychowawczyni powiedziała mi, że wystarczyłoby gdyby mój Tata przyszedł wtedy do szkoły i przeprosił Panią od angielskiego za zachowanie syna. On niestety powiedział jej, że jeśli syn nawarzył piwa to musi je teraz wypić… No to piłem… Nie wiem ile jest z tego prawdy i czy cały ten rok w plecy i to piwo do wypicia nie dały mi najlepszej życiowej lekcji. A może właśnie dlatego, nigdy nie stawiałem na nikogo, że mi w czymkolwiek i kiedykolwiek pomoże. Dobrze zostałem w tym temacie przeszkolony i zwrócenie się o pomoc to zawsze dla mnie ostateczna droga. A przecież jedną z definicji prawdziwego przyjaciela jest to, że on zawsze nam pomoże w potrzebie, zgadza się? Wygląda więc na to, że ja nie daje się wykazać nikomu jak ważna jest ta czy inna przyjaźń ze mną.
Od małego bardzo dokładnie obserwuje ludzi, do teraz nie mogę się nadziwić rożnym zachowaniom. Jak sami nie kontrolują, swoich decyzji, które jeśli nie są wynikiem emocji, czy głębokich przemyśleń, są zwykłym rezultatem działania natury. To jest tak banalne jak decyzja, którym samochodem pojechać na wycieczkę ze znajomymi, 30-sto letnim wrakiem z niewygodnymi siedzeniami i bez klimatyzacji czy komfortowym nowym samochodem ze świetnym sprzętem audio. Tak jest ja robię takie płytkie porównanie, tak to niestety widzę. Ludzie dobierają “przyjaciół” na zasadzie, o ile lepiej im będzie i to pod wieloma różnymi względami. Ile razy też nie możemy zrozumieć dlaczego ktoś tam tak zawzięcie trzyma z tą czy inną osobą, wystarczyło by poznać ich układ zależności. Dla niektórych układ może być tak ważny, że będąc w pobliżu swojego przyjaciela są nie do rozpoznania. Kompletnie nie ten człowiek, nie ten charakter, czasem trudno uwierzyć. Na pewno musi bardzo mu zależeć na tej przyjaźni, jeśli gra innego siebie pod kogoś oczekiwania. Tu nie ma nawet za bardzo jak użyć filozofowania, tutaj aż się pcha logika. To odnosi się nawet do tak banalnej rzeczy jak rozmowa. Daj sobie 5 minut na rozmowę z pięcioma rożnymi obcymi osobami. Naturalnie chcąc nie chcąc masz już faworyta. Selekcja taka nie jest do końca zależna od nas. Tak już jest.
Ale ja nie o dokładnym analizowaniu przyjaciela chciałem tutaj pisać. Czy kiedykolwiek znalazłeś(aś) się w na prawdę krytycznej sytuacji w życiu i pojawił się prawdziwy przyjaciel, który pomógł? Jaka jest moja osobista definicja prawdziwego przyjaciela? To ktoś taki, kto dzwoni do Ciebie bezinteresownie, żeby zapytać czy wszystko dobrze, albo żeby powiedzieć “Tomek! Szkoda, że Ciebie tutaj nie ma bo jest w cholerę śniegu i konkretny mróz”. To ktoś taki kto nigdy z góry Cię nie ocenia jeśli zwierzysz się z jakiegoś problemu, który rozumie, że rozmowa o problemach nie jest tylko prośbą o pomoc, ale często sama rozmowa pomaga najlepiej. To osoba, o której jesteś w 100% pewien, że w razie potrzeby rzuci wszystko i pomoże. Co ciekawe, właśnie z szacunku dla tych osób nigdy(!) nie chciałbym obarczyć ich żadną trudna sytuacją. To osoby, z którymi wszelkie różnice zdań same się ulatniają jeszcze szybciej niż się pojawiły. To osoba, która potrafi poświecić chwilę na próbę zrozumienia Ciebie i dlaczego to robisz tak czy inaczej. I na koniec dla mnie to takie osoby, z którymi nie wiążą mnie żadne nawet małe zależności. A przysługi działają na zasadzie propozycji a nie prośby.
Zawiodłem się na wielu osobach w życiu, nie będę tutaj zanudzał nawet o tych najbardziej ciężkich przypadkach. Jestem pewien, że niestety większość z nas zawiodła się również na kimś. Sęk w tym, że ja nie potrafię o takich rzeczach całkowicie zapomnieć. One bardzo głęboko wpłynęły na to jaki jestem. Nie potrafię tak jak inni przeskoczyć do następnej znajomości z tym optymizmem, że teraz już wszystko będzie super. Nie wykluczam, że ktoś następny może zrobić to samo. Nie potrafię rzeczy potraktować ot tak po prostu. Analizuje i wiem, że właśnie takie cechy przejmuje się po rodzicach. Jedno dziwne zdarzenie a ja już przeleciałem w głowie kilka scenariuszy dlaczego tak się stało. Tutaj ujawnia się jedna z moich głównych wad, przyklejam swoje myśli do najgorszego scenariusza. Dlaczego z góry zakładam zawsze najgorsze? Nie wiem, czy zasada miłego rozczarowania ma tutaj zastosowanie, hmm jakoś bronić się powinienem…
Tak, ja mam prawdziwych przyjaciół. Jest ich dwóch i jeśli kiedykolwiek przestane w nich wierzyć, to będzie różnoznaczne ze skreśleniem mnie jako członka jakiejkolwiek społeczności. Bardzo mi trudno w wielu momentach, moja i ich ścieżki życiowe rozrzuciły nas na duże odległości. Nadal jednak potrafimy do siebie dzwonić kompletnie bez powodu, bez konkretnych pytań. Potrafimy dzwonić też gdy każde z nas po prostu potrzebuje pogadać z kimś “spoza” najbliższego otoczenia. Kiedyś ktoś brutalnie powiedział mi, że przyjaźń można również zmierzyć pieniędzmi. Po chwili namysłu ma to jakiś sens, a dokładnie tłumaczę to tak, że kiedy Twój najlepszy przyjaciel jest w krytycznej sytuacji, pieniądze nie powinny mieć znaczenia w pomocy mu. Jest w tym chyba jakieś pozytywne nastawienie.
Miałem kiedyś taką sytuację. Szło mi dość ciężko mieszkając w Poznaniu, zostałem wykiwany przez firmę której robiłem dużo rożnych projektów stoisk targowych. Do dziś dnia nie zapłacili mi kilkunastu tysięcy za wystawione faktury. Człowiek sam próbował na własną rękę interesów. Ufał za bardzo i na słowo. Firma (mój klient) zniknęła, sprawy nie było. Na prawnika nie było mnie stać inne czasy, inne przepisy. Jeszcze przez kilka lat spłacałem zadłużenie wobec urzędu skarbowego i ZUS’u. Znamy to powiedzenie, że jak już coś nie idzie to wszystko na raz. Właśnie w tym najgorszym momencie, kiedy nie wstydzę się powiedzieć, mieszkałem w jakiejś paskudnej przybudówce u starszej Pani, bo na nic lepszego nie było mnie stać. Jadłem głównie ziemniaki w wielu postaciach. Właśnie w takim momencie jadąc rozklekotanym Volkswagenem Polo, zagapiłem się i ruszając na zielonym (zgodnie z przepisami) przyłożyłem w jakiegoś pirata, który próbował się zmieścić przez skrzyżowanie już na żółtym jak nie na czerwonym. Nie chciało mu się hamować bo jechał zbyt szybko. Sytuacja chyba jasna, dodatkowo ja nie widziałem go nadjeżdżającego po prawej ponieważ widok zasłaniał mi jakiś van z równoległego pasa.
No tak wiec w czym problem, jego wina świadkowie są itd. Zgadza się, gdybym miał zapłacone OC… Ściągnęliśmy auta na bok i musiałem się dogadywać. Kara za brak OC na pewno była by większa niż koszty jakie musiałem sam ponieść w związku z naprawą własnego samochodu oraz prawie nowego auta, które po całej długości idealnie przez tą kolizje zniszczyłem. Gość postawił sprawę jasno, wieczorem zażądał konkretnej gotówki, której nie miałem. Zadzwoniłem do jedynej osoby, jednego z moich przyjaciół. On sam bez ani sekundy wahania w głosie zaproponował mi pomoc. I w sprawie naprawy auta i pożyczył mi kosmiczna wtedy dla mnie sumę pieniędzy. Wiedział, że cienko mi idzie, wiedział, że ze spłatą mogę mieć problemy. Ale on nawet nie pytał i nie czekał na moje deklaracje jak mam zamiar to spłacić i kiedy dokładnie. Czy był bogaty? hehe nie, miał dużo swoich rożnych i pamiętam poważnych potrzeb w tamtym czasie. Byłem szczęściarzem, że miałem do kogo zadzwonić. Dla mnie była to też trudna decyzja żeby wziąć te pieniądze, byłem w dołku i od zawsze wiedziałem, że jeśli w grę wchodzą pieniądze to pierwszy krok, żeby stosunki się zepsuły. A tutaj nic się nie popsuło, cała ta sytuacja jakby kompletnie nie miała wpływu na naszą przyjaźń. Spłacałem nieregularnie, ale jak mogłem najszybciej. Nigdy jednak nie było żadnego spięcia z tego powodu i nigdy mu tego nie zapomnę.
Drugi przyjaciel jest ciężki do opisania, jednak nie znam chyba nikogo innego na świecie z kim na prawdę mógłbym pogadać o wszystkim, śmiało mogę stwierdzić, że żadna, kompletnie żadna sytuacja nie jest nas w stanie poróżnić. I jak z nikim innym oboje mamy do siebie tyle cierpliwości, żeby mieć czas na zrozumienie się wzajemnie. Przeszliśmy wspólnie przez rożne dziwne sytuacje, robiliśmy razem rożne rzeczy kiedy to na prawdę łatwo było o duże spięcia czy kłótnie. Chciałbym wierzyć, że tak jak ja liczę na niego, on wie, że może liczyć na mnie. Hehe jak na Zawiszy, no a do tego on jest nieśmiertelny :)
To przyjaźnie, które nie pojawiły się znikąd. Nie były wynikiem przeprowadzki, czy imprezy u znajomych z ich znajomymi. Obie historie są długie i barwne, wiele wydarzeń połączyło nasze osobiste ścieżki i zawiązały się razem. Zawsze na pierwszym miejscu stała przyjaźń a potem reszta, która nie mogła za wiele zmienić. To lata nie tylko imprez, ale tysięcy przegadanych godzin w najdziwniejszych miejscach i okolicznościach. To najdziwniejsze rzeczy jakie się robiło będąc tak mocno przepełnionym prostym szczęściem. To takie ułamki minut, gdzie trudno było opisać jak bardzo można z kimś tak samo “się porobić” jednym utworem lub widokiem. Te wszystkie historie jakie o sobie znamy, kto bardziej je zrozumie? Do kogo dzwonić gdy jakieś emocje wracają? Jako pesymista który szuka i który ma wrodzona zdolność logicznego wyjaśniania sobie bezsensowności rzeczy, cieszę się, że to właśnie Ci moi przyjaciele jakoś mnie tutaj przytrzymują.
Zawsze marzyłem żeby mój Brat i Tata byli moimi przyjaciółmi. Każde z nas ma jednak zbyt twarde, odrębne, specyficzne charaktery i osobowości. Zbyt wiele ran wzajemnie sobie zadaliśmy. Nikogo za nic nie chce i nigdy nie będę winić, ludzie są jacy są. A najbardziej trudne do zaakceptowania jest to, gdy nasi najbliżsi są nie tacy jakimi byśmy ich chcieli. Może nie wszystkich w życiu akceptuję takimi jacy są. Mam z tym dużo problemów, niepotrzebnie oceniam innych, niepotrzebnie wyrażam swoją dość często niepozytywna opinię. Wiele razy powinienem się zamknąć i odejść. Cieszę się jednak, że udaje mi się żyć od jakiegoś czasu w zgodzie ze Stefanem i Wojtkiem. Mimo, że nie będzie tutaj już nigdy takiego wspólnego zrozumienia o jakim marzyłem wiem, że oddałbym wszystko aby te pozytywne relacje utrzymać. A Mama? Mama to mama, szkoda, ze nie miała jednej córki :) Na pewno miała by więcej radości w życiu.
To chyba tyle w temacie “przyjaciele”. Generalnie nie zależy na posiadaniu wielu znajomości. W zasadzie starcza mi to co mam i opisałem powyżej. Nie potrzebuję adoracji czy 1345 znajomych na Facebook’u. Jedyne co daje mi wiarę w ludzi i energie, żeby dalej się tutaj babrać to moi prawdziwi przyjaciele. Oni znają mnie takiego jaki jestem, znają moje wady a mimo to skupiają się na moich dobrych stronach. Ciężkie czasy mamy na prawdziwe przyjaźni, jesteśmy przysypani znajomościami, które szybciej mina niż się pojawiły. Setki znajomości, które nic nie znaczą są tylko jakimś tymczasowym polem do spędzania czasu. Mam też wspaniałych znajomych, wiem, że są dobrymi ludźmi. Lubię mieć z nimi jakikolwiek kontakt, lubię wymieniać z nimi opinie i spędzać czas. Nie są to jednak według mojej definicji przyjaciele. Dziś mam z nimi kontakt jutro nie będę miał. Mimo tak długiego wywodu, przyznaje się, że też częciowo siedzę w tej pajęczynie zależności. Nie chcę jednak stracić perspektywy postrzegania tych różnych stosunków z innymi. Nie potrafię najwidoczniej brać rzeczy po prostu, nie potrafię się pogodzić z tym co widzę. Siedzę w tym bo nie mam trochę wyjścia. Odizolowanie się, o którym setki razy myślałem, przyniosło by więcej szkody innym niż mi satysfakcji. Może kiedyś uda mi się być w pełni sobą bez odgrywania roli fajnego znajomego.